Ostatnio zakończyliśmy sobie na propozycji, która zmroziła sporą część społeczeństwa polskiego. Chodzi rzecz jasna o pochowanie prezydenta wraz z
małżonką w miejscu, które historycznie kojarzone jest z bohaterami narodowymi i rodami królewskimi.
W Krakowie, na Zamku Królewskim na
Wawelu.

Niektórzy z wypowiadających się na ten temat znanych i mniej
znanych ludzi twierdzą, że decyzja o miejscu spoczynku pary prezydenckiej została podjęta pochopnie i zbyt szybko. Nie zgadzam się z tą opinią.
Decyzję podjęto dokładnie w momencie, kiedy miała szansę powodzenia - do dokładnie w taki sposób, żeby przeforsować kwestię pogrzebu zanim
społeczeństwo się wkurzy, dojdzie do siebie po żałobie i będzie w stanie rzeczywiście w jakiś sposób temu przeciwdziałać.
Pośpiech i autorytatywność były niezbędne. I przemyślane.Pierwsze informacje na temat
propozycji pochowania prezydenckiej pary na Wawelu pojawiły się 12 kwietnia. Puszczone zostały w obieg trochę od niechcenia, tak, żeby wysondować
nastroje społeczne jakie pomysł wzbudzi. Nie mówiono nic konkretnego - ot, propozycja, jedna z trzech.
Tego dnia społeczeństwo potraktowało
sugestię z przymrużeniem oka, bo nikomu niemal nie przyszło do głowy, że jest postawiona poważnie. Pierwsze negatywne opinie już się jednak pojawiły,
trzeba więc było działać szybko.
Decyzję przyklepano więc w ekspresowym tempie wieczorem, nie dając temu wrednemu społeczeństwu czasu na
jakiekolwiek realne działanie.
Przyklepanie było jednak tylko medialneOd chwili puszczenia w obieg informacji o rozważaniu pochówku na Wawelu do momentu, kiedy oficjalnie to potwierdzono, minęło kilka godzin. To zbyt
mało, żeby rzeczywiście przedyskutować tak istotną z punktu widzenia państwa sprawę.
Pamiętajmy, że to nie jest wybranie na cmentarzu
miejskim kwatery dla Kowalskiego. Tu trzeba omówić uroczystości nie tylko z notablami kościelnymi, ale także ze służbami bezpieczeństwa. Sprawdzić
możliwości zorganizowania tego wydarzenia. Wymyślić, gdzie konkretnie ich na tym Wawelu upchać...
...bo pamiętacie jak sądzę, że konkretna
krypta była wskazywana już w momencie podania oficjalnej informacji?
Oczywiste jest więc, że sama decyzja musiała zostać podjęta jeszcze
przed tym, kiedy oficjalnie potwierdzono ją w mediach. A to z kolei oznacza, że całe to "rozważanie propozycji miejsca pochówku", o którym tak
trąbiono, było li tylko zasłoną dymną dla już przyklepanego Wawelu.
Od Annasza do
KajfaszaKto jednak tą decyzję podjął?
Wydawałoby się, że nie jest to żadna ściśle tajna informacja, zwłaszcza,
że co chwilę mówiono kto zadecydował. Sęk jednak w tym, że za każdym razem mówiono coś innego:
pierwsza wersja mówiła o tym, że Wawel
był prośbą rodziny a kard. Dziwisz czuł się zaszczycony że może wyrazić zgodę,
chwilę później ogłoszono, że to właśnie kard. Dziwisz
zadecydował, że Wawel będzie miejscem najbardziej odpowiednim,
po paru godzinach jednak kard. Dziwisz stwierdził jasno, że to nie była jego
decyzja,
za moment okazało się, że propozycja wyszła "od polityków", a kard. Dziwisz i rodzina wyrazili zgodę,
później do
wysunięcia propozycji przyznał się Stanisław Markowski, twierdząc, że pomysł wyszedł od niego, a podchwycił go Jarosław Kaczyński,
na koniec
zaś twierdzono, że sugestia Wawelu wyszła od kilku różnych grup ludzi popierających politykę prezydenta Kaczyńskiego, samego Jarosława zaś trzeba było
długo przekonywać do pochówku w tym miejscu, a ostateczną decyzję podjął kard. Dziwisz wyrażając tylko zgodę.
Skąd tyle rozbieżnych
wersji?
Decyzja o pochowaniu pary prezydenckiej na Zamku Królewskim od początku była bardzo kontrowersyjna i sprzeciw społeczny
widoczny był już w kilka godzin po jej ogłoszeniu.
Władze kościelne nie chciały brać na siebie odpowiedzialności, ponieważ mogłoby to
nieco utrącić im interes.
Jarosław Kaczyński również nie chciał przyznać się do tej decyzji wiedząc, że obniży to jego pozycję w sondażach
przedwyborczych.
Politycy PiS, którzy przewinęli się w międzyczasie, też musieli się wycofać aby nie tracić poparcia dla partii jako
takiej.
Najlepszą i najskuteczniejszą metodą uniknięcia odpowiedzialności za podjęcie pieruńsko kontrowersyjnej decyzji było zrobienie
szumu medialnego i podawanie sprzecznych ze sobą informacji. Dzięki temu prostemu zabiegowi nikt nie jest w stanie palcem wskazać, kto za to
odpowiada. Nastroje anty-PiS nieco oczywiście wzrosły, nie na tyle jednak, żeby zagrozić kampanii.
A po co to komu?
Myślę, że powody podjęcia takiej decyzji przez Jarosława Kaczyńskiego - bo szczerze
mówiąc nie mam większych wątpliwości co do tego, że on zadecydował - są, z grubsza rzecz biorąc, trzy.
Po pierwsze, ambicje
prywatne. Jarosław nigdy nie zadowalał się półśrodkami, czego sztandarowy przykład widzieliśmy, kiedy rozwiązał rząd żeby udowodnić opozycji, że
stoi za nim cały naród. Nie wyszło, ale to jest właśnie metoda J. Kaczyńskiego: wszystko albo nic. Stąd nie mogło mu wystarczyć pochowanie brata ze
wszystkimi honorami należnymi głowie państwa - to musiało być absolutnie wyjątkowe wydarzenie. I było...
Po drugie, kontynuacja
sposobu działania. Jarosław zawsze miał
tendencję do siedzenia w cieniu swojego brata, który z kolei wysuwał się zawsze na pierwsze miejsce.
Strategia o tyle dobra, że Lech faktycznie bardziej nadawał się na świeczniki, a Jarosław do faktycznego rządzenia. Teraz jest podobnie: J.K. w cieniu
swojego Wielkiego Brata zamierza wypełniać Jego Testament. Nic nowego.
Po trzecie, stworzenie własnej wersji historii. Takiej,
w której PiS zostanie nagle, skokiem, przeniesiony z pozycji wkurzającego ugrupowania, na piedestał wszelkich wartości moralnych, symbol Polski
wręcz.
I tym ostatnim właśnie zajmiemy się w następnym odcinku...