Od paru dni jedną z moich ulubionych rozrywek jest zadawanie jednego i tego samego pytania wszystkim osobom, które wygłaszają teksty "wielki
człowiek", "bohater", "tyle zrobił dla Polski". Pytanie jest wredne i paskudne, bo wymaga merytorycznej odpowiedzi.
Brzmi ono: a CO
konkretnie dla Polski zrobił...?

Jak dotąd nikt nie udzielił mi
konkretnej odpowiedzi, a najbardziej merytoryczne opierały się na tym, że był fajnym mężem i leciał wygłosić zapierające dech w piersiach
przemówienie. No i zginął bohatersko oczywiście, jakże by inaczej.
Czy w ogóle istniały jakieś zasługi L. Kaczyńskiego dla kraju? Cóż,
owszem, parę było. Współpracował z Solidarnością w newralgicznych okresach jej działalności. Z uporem maniaka rozliczał wszystkich ze wszystkiego, co
w pewnym zakresie jednak parę spraw naświetliło.
Tylko, że to jakieś takie mało spektakularne, a i od bohaterstwa jednak odległe o lata
świetlne... A jednak L. Kaczyński stał się wczoraj Symbolem. Patriotyzmu i Polski.
Patrzcie więc i
uczcie się: na waszych oczach tworzy się Historię Polityczną.Jak zapewne wszyscy świetnie zdajecie sobie sprawę, prawda
historyczna i Historia Polityczna mają się do siebie mniej więcej tak, jak krzesło ogrodowe do krzesła elektrycznego.
Już od poniedziałku
12. kwietnia serwuje nam się w mediach i wypowiedziach polityków przygotowaną na kolanie, niedopracowaną, ale zadziwiająco skuteczną bzdurę
historyczną. I ona się przyjmuje, bo podana została na ślicznej porcelanie akurat w momencie, kiedy byliśmy cholernie głodni...
Ten głód nazywa się "sumienie"Przez ostatnie kilka lat Lech Kaczyński był obiektem
licznych drwin, żartów, bohaterem dowcipów i fotomontaży. Polityczni przeciwnicy wytykali mu każdy najmniejszy nawet błąd. Media prześcigały się w
donoszeniu, co też głupiego wymyślił nasz prezydent - opatrując to rzecz jasna niezbyt reprezentacyjnymi zdjęciami. O społeczeństwie nie mówię, bo
oczywiście weszło w ten sam rytm.
A tu nagle samolot spadł - i prezydent nie żyje.Głupia sytuacja, co nie? Zasadniczo
ci, którzy mieliby jaja, powinni przejść przez okres żałoby narodowej z podniesionym czołem i zatkanym dziobem. Ale odwaga cywilna to nie jest coś, co
w naszym społeczeństwie można bez trudu znaleźć, o nie. Toteż wszyscy nagle poczuli się jak ostatnie świnie, no bo tutaj samolot zrobił pierdut,
prawie sto osób zginęło - a tam niechlubna, wcale nie odległa przeszłość, pokazuje, co sądziliśmy o prezydencie.
No to zaczęli sobie
poprawiać statystyki sumienia...Nagle wszyscy zaczęli się przekrzykiwać w peanach na cześć Lecha Kaczyńskiego i jego żony. A
najgłośniej darli się rzecz jasna właśnie ci, którzy wcześniej najbardziej po nich jeździli - bo też i ich sumienia najsolidniej uwierały.
Czołobitność i wazelina, która kapała z programów telewizyjnych, wystąpień polityków i dyskusji na forach internetowych, już na drugi dzień po
katastrofie osiągnęła poziom dna absolutnego. A potem dziarsko złapała za łopatę i zaczęła kopać głęboką dziurę żeby móc zejść jeszcze niżej.
Nagle, w ciągu kilkunastu sekund dzielących lot TU-154 od wrycia się w ziemię, Kaczyński stał się bohaterem narodowym i ukochanym prezydentem
Polaków.
A jaka jest prawda...?Być może nie wszyscy jeszcze
zdurnieliśmy, więc niektórzy nadal pamiętają, jakim faktycznie prezydentem był Lech Kaczyński.
Zacznijmy od tego, że został prezydentem
głownie dlatego, że większość społeczeństwa olała wybory z powodu zniechęcenia syfem politycznym w naszym kraju. W pierwszej turze L. Kaczyński dostał
4.947.927 głosów, przy niemal 30.000.000 uprawnionych do głosowania. W drugiej poszło mu nieco lepiej, bo wygrał mając 8.257.468 głosy.
Na bohatera narodowego głosowało jakieś 25% społeczeństwa...Co jeszcze ciekawsze, większość sondaży stwierdzała jasno, że L.
Kaczyński nie ma szans na reelekcję. To już nie było "w ciemno" - ludzie nie chcieli na niego głosować widząc doskonale od kilku lat, jakim jest
prezydentem. O czymś to chyba świadczy...?
Lech Kaczyński był prezydentem kontrowersyjnym, znanym głównie z tego, że dużo mówi. Przeważnie
rzeczy niekoniecznie akceptowalnych społecznie. Kierunek jego polityki był przez niemal pięć lat nieustannie krytykowany - i to nie tylko przez
"pieniaczy", ale również znawców sceny politycznej, media zagraniczne, profesorów nauk politycznych.
O zmarłych nie mówi się źle...Nie piszę tego żeby dyskredytować jego pamięć - prezydent nie żyje, kropka.
Ale został prezydentem. Te dwa fakty sprawiają, że szacunek mu się należy, prywatny z tytułu śmierci, państwowy z tytułu stanowiska. Ale szacunek, nie
wybielanie i pisanie nieprawdziwych historycznie peanów.
Przez ostatnie dni bardzo często przytaczano przysłowie mówiące, że o zmarłych nie
mówi się źle. Owszem, nie wypada, to prawda. Chciałabym jednak przypomnieć, jak to powiedzenie brzmi w całości:
O zmarłych mówi się albo
dobrze, albo wcale.Można było skorzystać z prawa milczenia. Poważnie.
Można też było zająć się Lechem Kaczyńskim - człowiekiem,
kochającym mężem i dobrym ojcem i dziadkiem. Tu akurat dało się wiele ciepłych rzeczy powiedzieć.
A tymczasem co się działo i dlaczego...?
- o tym w następnym odcinku.