29 października 2018

Kontrofensywa dla antyszczepów – starcie I


Dzisiaj trochę bardziej na serio, ale też z pewną satysfakcją i ogólnym zadowoleniem z zaistniałej sytuacji. Kojarzycie na pewno paranoików znanych jako ruchy antyszczepionkowe – złożyli nawet jakiś czas temu projekt ustawy, który ma im pozwolić unikać konsekwencji swojego nieodpowiedzialnego zachowania. Długo na to czekałam, ale w końcu środowiska naukowe, lekarskie i medyczne wszelkich specjalności, przestały ich ignorować i przeszły do ofensywy. Powstał projekt ustawy, do poparcia którego serdecznie Was wszystkich zachęcam.

O co chodzi? W skrócie…

Na początek ustalmy jedno: nie, nieszczepom nie chodzi o żaden wolny wybór. Chodzi im o możliwość olania szczepień ochronnych bez ponoszenia konsekwencji. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech sobie poczyta ich teksty o tym, jak to szczepienia zabijają i depopulują, zawierają rtęć, aluminum i abortowane płody, a w ogóle to służą tylko do nabijania kasy koncernom farmaceutycznym. W zestawieniu z tymi wypowiedziami, twierdzenie że chodzi tylko o wolny wybór brzmi cokolwiek śmiesznie. Zwłaszcza, że świętują każde rosnące statystyki nieszczepienia dzieciaków.

A że te statystyki pokazują w 2017 już ponad 30.000 odmów szczepień (plus cholera wie ile nie ujętych w zestawieniu), a do PL przyjeżdża coraz więcej osób z krajów, gdzie choroby zakaźne mają się całkiem nieźle, problem zaczyna być poważny.

Jeszcze większym problemem jest to, że normalni rodzice nie mają się jak przed tą paranoją bronić. W kilku miastach próbowano przepchnąć uchwały pozwalające wymagać przy przyjęciu do żłobka czy przedszkola kompletu szczepień – okazało się jednak, że jest to niezgodne z ustawami nadrzędnymi.

Wobec tego konieczna jest zmiana ustaw nadrzędnych.

I o to właśnie chodzi w projekcie „Szczepimy bo myślimy”. Dwóch wrocławian, aktywista społeczny Robert Wagner i prawnik Marcin Kostka, napisali projekt zmieniający odpowiednie zapisy tak, aby możliwe stało się wprowadzenie szczepienia jako kryterium przy przyjęciu do żłobków i przedszkoli.

Przy czym UWAGA!

  • wbrew temu, co można przeczytać w necie, nie ma to być jedyne kryterium; po prostu szczepienie ma dawać dodatkowe punkty;
  • absolutnie nie dotyczy to dzieci, które mają szczepienia odroczone z przyczyn medycznych; zmiana ma zapewnić między innymi właśnie ich bezpieczeństwo.

Jeżeli uda się zebrać wymagane podpisy, a następnie procedować ustawę przez sejm i senat, dzieci szczepione oraz te ze szczepieniami odroczonymi z przyczyn medycznych będą mieć pierwszeństwo przed dziećmi nieszczepionymi z powodu fanaberii rodziców.

Że wolność, że prawa obywatelskie, że decydowanie o sobie?

Cóż, zakaz palenia w miejscach publicznych przeszedł, prawda? Mimo, że odbiera palaczowi wolność i możliwość decydowania o sobie – bo odpalenie fajki np. w klasie w szkole dotyczy nie tylko samego palącego, ale też wszystkich w jego otoczeniu. Naraża ich na niebezpieczeństwo. I tutaj wszyscy się raczej zgadzają, że kij z prawem do decydowania o sobie, niech sobie decyduje u siebie w domu, ale od innych wara. Tak?

W takim razie konsekwentnie: papierosy stanowią zagrożenie, więc nie wolno ich palić w miejscach publicznych; nieszczepione dzieci stanowią zagrożenie, więc nie powinny przebywać w miejscach publicznych. A proponowane zmiany legislacyjne i tak traktują temat łagodnie, bo nadal można sobie ze swoim małym zagrożeniem chodzić do sklepów, jeździć do kurortów, chodzić na imprezy. Utrudnione będzie jedynie wpychanie tegoż zagrożenia tam, gdzie jest najgroźniejsze: do grup innych dzieci. Ma to wbrew pozorom sens, bo umówmy się, że jednak większość dorosłych w jakiś sposób już odporność nabyła – przez szczepienia lub przechorowanie – więc ryzyko rozsiewania chorób w tej grupie jest mniejsze.

Dzieci w żłobkach i przedszkolach tej odporności nie mają, a do tego spędzają ze sobą bardzo dużo czasu i w stosunkowo bliskim kontakcie. Idealne warunki, żeby dowolne świństwo rozprzestrzeniało się błyskawicznie. Zresztą, każdy rodzic przedszkolaka doskonale to wie: jak zachoruje jeden dzieciak w grupie, po paru dniach połowa leży w domu zasmarkana i z gorączką. Choroby, na które szczepimy, będą się tam roznosić co najmniej tak samo dobrze.

A w tym przypadku, przepraszam, jebać wolność osobistą.

Zwłaszcza, że takie rozprzestrzenianie się chorób zakaźnych ma jeszcze jedną ciemną stronę, o której nieszczepy totalnie nie myślą, a i normalni ludzie często pomijają. TERAZ mamy szczepionki, prawda? Są to jednak szczepionki na konkretne, znane mikroby. Jeśli jednak te mikroby będą się w sposób niekontrolowany mnożyć w wielu różnych organizmach, w końcu zwyczajnie zmutują w coś, na co nasze obecne szczepionki nie działają. I wtedy problem będzie mieć cała populacja, nie tylko dzieci. Diabli wiedzą, jakie żniwo zbiorą nowe wirusy, zanim opracuje się na nie skuteczne szczepionki – i ja prywatnie wolałabym tego nie sprawdzać.

Teraz ten problem mamy w sumie tylko z grypą, zmienia się na tyle szybko, że w pewnym sensie trzeba „zgadywać” jaki szczep wirusa akurat będzie grasował, a samo szczepienie jest skuteczne w 40 – 70%. Niby dużo, ale to nadal znaczy, że połowa zaszczepionych ludzi stykających się z grypą może nie mieć wystarczającej odporności. A teraz wyobraźcie sobie to samo w odniesieniu do wszystkich pozostałych chorób, np. odry, krztuśćca czy odpukać polio. Trochę horror, nie?

Najbezpieczniej jest do tego nie dopuścić.

Dlatego właśnie inicjatywa „Szczepimy bo myślimy” jest tak ważna. Oczywiście, jest to tylko pewien początek, bo mimo wszystko samo odejmowanie punktów za szczepienia przy przyjęciu do żłobka lub przedszkola problemu nie rozwiązuje. I tak jakiś odsetek nieszczepionych dzieci się tam dostanie. Ryzyko i tak nadal będzie istniało. Ale będzie jednak mniejsze.

Niemal równie ważny jest jednak moim zdaniem inny aspekt tej akcji. Jeśli uda się wprowadzić nowe przepisy w życie, będzie to w końcu porządna, prawna, ustawowa kontra dla wymysłów antyszczepów. Bo w tej chwili obserwujemy pewną paranoję: ludzie nie mający bladego pojęcia o epidemiologii, immunologii i medycynie, próbują forsować swoją głupotę w sposób ustawowy – a środowisko medyczne i naukowe jak dotąd kompletnie na to nie reagowało. Nieszczepów zapraszały media, publikowano artykuły z ich durnymi teoriami, przeprowadzano wywiady – a środowisko medyczne i naukowe nadal nic. Efekt? Zamiast 3,5 tysiąca nieszczepionych dzieci, w tym roku mamy ponad 30 tysięcy. I ta liczba rośnie.

Bardzo się cieszę, że Izby Lekarskie, środowisko naukowe, lekarze, medycy różnych zawodów i specjalności, farmaceuci, diagnostycy – w końcu dostrzegli realne zagrożenie, przestali traktować nieszczepów jako ciekawostkę przyrodniczą i zaczęli się stanowczo sprzeciwiać propagowaniu przez nich kłamstw i sianiu nieuzasadnionej paniki.

Jest to krok w bardzo dobrą stronę, na dodatek wykonywany ramię w ramię przez wszystkich, którzy powinni być tym tematem zainteresowani.
Wy też powinniście być zainteresowani. Serio.