20 sierpnia 2018

szczepienia u farmaceuty zamiast w gabinecie?


muszę powiedzieć, że tak, jak generalnie jestem wielką fanką szczepień (z racji tego, że jestem przeciwniczką umierania na różne choroby jak nie trzeba na nie umierać) – tak ten pomysł wydaje mi się jednak cokolwiek dziwny. i nie dlatego, że nie wierzę w wiedzę farmaceutów; od dawna twierdzę, że są u nas zdecydowanie niedoceniani i sprowadzani do roli sprzedawcy, a przecież z definicji niejako o farmakoterapii wiedzą często więcej, niż sami lekarze, których recepty realizują.

wielokrotnie byłam świadkiem tego, że to właśnie farmaceuta w aptece, widząc komplet zleceń od lekarzy różnych specjalizacji, wskazał pacjentowi, że dany zestaw leków niekoniecznie wyjdzie mu na dobre – i odesłał do skonsultowania z każdym autorem recepty. ogólnie więc, do wiedzy farmaceutów mam naprawdę duży szacunek i chętnie dałabym im większe uprawnienia w zakresie doboru leków dla pacjentów.

ale.

jesteśmy w PL i doskonale wiem, jak to się skończy. spychologią. bo ok, dorosły człowiek (o nich mowa, pomysłu szczepienia dzieci w aptece na razie nie ma) z zasady powinien wiedzieć czy w danym momencie jest zdrowy, czy choruje na coś przewlekle i czy przypadkiem nie jest alergikiem. z kwalifikowaniem do szczepienia przez farmaceutę nie mam więc najmniejszego problemu, bo tu naprawdę wystarczy zadać parę pytań na krzyż i wszystko wiadomo. problem mam z dwoma kwestiami:

– po 1: z wykonaniem szczepienia
farmaceutów jednak nie kształci się w kierunku podawania leków, zwłaszcza w postaci iniekcji. i ok, zrobiłam w życiu trochę zastrzyków, wiem doskonale że nie jest to jakaś wielka filozofia i zapewne średnio inteligentną małpę też by szło nauczyć. pozostaje jednak kwestia odpowiedzialności za wykonanie, było nie było, zabiegu medycznego. ja to mam niejako w pakiecie z obowiązkami zawodowymi, mam wiedzieć jak zrobić, mam zrobić dobrze, jak coś spieprzę to za to beknę. nie sądzę jednak, żeby farmaceuci byli zachwyceni nałożeniem na nich tej dodatkowej odpowiedzialności. zwłaszcza, że pacjenta widzą przez chwilę, ten sobie potem wyjdzie, zacznie grzebać pod gazikiem, nadkazi czymś ranę – i zgadnijcie na kogo będzie?;)

– po 2: z ewentualną reakcją alergiczną
jak wspomniałam, teoretycznie dorosły człowiek powinien wiedzieć, czy jest na coś uczulony. z reguły jednak o tym że jest, dowiaduje się niejako po fakcie, jak zetknie się z tym, na co ma alergię. obecnie szczepienia, a w sumie nawet ogólnie większość iniekcji, wykonuje jednak ktoś, kto w razie silnej reakcji alergicznej ma wiedzę, sprzęt i leki, pozwalające sytuację opanować. nie do końca wiem, jak miałoby to wyglądać w aptece: przeszkolenie farmaceutów w zakresie ratownictwa medycznego? zestaw wstrząsowy na miejscu? bo ok, telefon na pogotowie jest rzecz jasna oczywistością, ale jednak ta karetka chwilę potrzebuje żeby dojechać. i znów: kto poniesie odpowiedzialność, jeżeli pacjent przy okazji szczepienia w aptece dowie się, że jednak jakieś uczulenie ma?

nikt też mam wrażenie nie uwzględnił dodatkowej, zupełnie niemedycznej upierdliwości: prowadzenia dokumentacji. to nie działa przecież tak, że wbijasz w randomowego człowieka igłę, przyklejasz gazik – i niech sobie idzie;) jako minimum trzeba zanotować:
– dane osobowe człowieka, najlepiej z kontaktem do niego “w razie w”;
– dane podawanej szczepionki (rodzaj, nazwa, numer serii, itp);
– wywiad przeprowadzony z pacjentem (ten w ramach kwalifikacji, także jako dupochron);
– informacje na temat samego podania szczepienia (jak, w co, takie tam).

jak dorzucić do tego wszystkiego jeszcze poobserwowanie pacjenta po szczepieniu, to mam wrażenie, że podstawowy argument podany w artykule – “aptekę mamy prawie za każdym rogiem i w żadnej z nich nie trzeba stać w długiej kolejce” – szybko się zdezaktualizuje i kolejki będą całkiem zacne.

myślę jednak, że problem z dostępnością szczepień można rozwiązać inaczej

tak na marginesie: nigdzie w okolicy nie widziałam tak dużego problemu z dostępem do lekarzy, żeby faktycznie miało to wpływ na dostępność szczepień. ale ok, wierzę na słowo, że gdzieniegdzie może tak być. jak go więc rozwiązać?

na początek umówmy się: szczepienie to nie jest jakiś szczególnie pilny zabieg, który musiałby być koniecznie dostępny non-stop. w zupełności wystarczy więc wykopać go z normalnego trybu wizyt u lekarza rodzinnego gdzieś, gdzie tak czy inaczej lekarze dyżurują. szpital, nocna i świąteczna pomoc lekarska, nawet jakiś dodatkowy (!!!) gabinet w okolicach sor-u. taki zupełnie oddzielny od wszystkiego “punkt szczepień”, dostępny powiedzmy przez 4-6h w tygodniu (spokojnie wystarczy), powiedzmy w piątek i sobotę – tak, żeby ten zaszczepiony dorosły, jak dostanie jakiejś gorączki, odpracował ją sobie spokojnie w weekend.

po prostu zrobić z tego taką dodatkową “jednostkę”, do której pacjent ma się zgłosić:
– zdrowy – to dorosły człowiek raczej ocenić potrafi,
– z podstawową dokumentacją medyczną,
– z zapasem tych 30 min na posiedzenie pod gabinetem po szczepieniu.

i nie trzeba kombinować ze szkoleniami dla farmaceutów, z wyposażaniem aptek w sprzęt medyczny, z prowadzeniem przez nie dokumentacji pacjenta. jestem przekonana, że nie tylko wyjdzie taniej, ale będzie też łatwiejsze do zorganizowania i wprowadzenia w życie.

bo ogólnie pomysł zwiększenia dostępności szczepień całkowicie popieram. Tylko metodę uważam, jak wspomniałam, za cokolwiek dziwną.