Posted by Kira on Styczeń 18th, 2016

zauważyłam ostatnio, że coraz częściej wpadają mi zlecenia nie tyle napisania czegoś, ile poprawienia tego, co już naklepał ktoś inny. czyli, mówiąc wprost, korekty. niektóre są banalne, wystarczy trochę wygładzić tekst i jest ok. inne niestety wymagają praktycznie napisania tego samego od początku. leży i płacze nie tylko ortografia, ale przede wszystkim stylistyka, składnia, sposób budowania zdań, brak spójności między poszczególnymi akapitami, złe użycie różnych trybów… ogólnie, w tekstach jest taki chaos, że ciężko uwierzyć, że jedna osoba to napisała i uznała że jest dobre – a inna za to zapłaciła… o co u licha chodzi?

odnoszę wrażenie, że na rynek weszło już chyba pokolenie smsowo-internetowe. szybki przekaz, olewanie stylu, ignorowanie ortografii i interpunkcji – byle szybciej, prościej, krócej. i tak, to się sprawdza i w smsach, ale i na różnych twitterach czy snapchatach. i o ile mogę mieć pretensje do 30-latków, którzy pod wpływem takiego właśnie komunikowania się na co dzień po prostu językowo zdurnieli, o tyle do młodych nie za bardzo. bo gdzie niby mieli się nauczyć dłuższych, spójnych, zorganizowanych sposobów wypowiadania się pisemnie na różne tematy? nie, o szkole zapomnijcie, tam są teraz testy i “wypracowania” na 1-2 strony, oceniane w taki sposób, że czwórki i piątki stawia się tam, gdzie ja bym osobiście strzeliła pałę. z wykrzyknikiem.

tak więc nie, do młodzieży pretensji nie mam

owszem, mogliby pewnie te braki nadrobić. tylko, że nikt im w tej chwili ani nie pokazuje, że to i to należy poprawić – ani też nie mówi w żaden sposób, jak się do tego w sumie zabrać. a że wszystko, co ich otacza, opiera się na testach, formularzach, jednozdaniowych komunikatach, to prawdopodobnie to konkretne pokolenie nie ma nawet pojęcia, że coś z tymi ich dłuższymi wypowiedziami jest nie tak. nie przeszkadza mi to. za korekty też w sumie nieźle płacą.

odrębną sprawą są natomiast dorośli

mam tu na myśli osoby, które 30-35 lat już skończyły, edukację nie tylko podstawową mają za sobą, jakoś w świecie funkcjonują – i nie potrafią sklecić poprawnie paru zdań. to już jest jednak pewna forma wtórnego analfabetyzmu, bo przecież program nauczania mieli całkiem podobny, jeśli nie indentyczny jak ja. a w moim było bardzo dużo ważnych informacji o konstrukcji tekstu, różnicach między dokumentem, listem czy pismem urzędowym, zwracano uwagę na styl, spójność, odpowiednie zastosowanie różnych form.

i przykro mi, ale nie, nie wierzę, że “to tylko tak w necie”, a “normalnie piszą poprawnie”. raz, że to “normalnie” muszę poprawiać i kosztuje mnie to sporo pracy. dwa, jeśli ktoś potrafi i pisze rzeczywiście poprawnie, to nie ma opcji, żeby akurat na fejsie czy blogu wyskakiwało mu “-om” zamiast “-ą” czy inne “z tąd”. no po prostu nie. każdego, kto chociaż czasami pisze poprawne językowo teksty, takie konstrukcje powinny razić w oczy i od razu sugerować, że coś jest kurna nie tak.

ale nie to jest w sumie najgorsze

najgorsze jest to, że ludzie popełniający takie błędy jak “ona była eleganckom kobietom”, czy “idąc do pracy zaczął padać śnieg” (biedny ten śnieg, do pracy musi…), albo sztandarowe “bynajmniej u mnie tak jest” (wrrr…) – kompletnie nie potrafią krytycznie spojrzeć na to, co wychodzi spod ich klawiatury. i biorą się za pisanie. tajemnicą jest dla mnie, jakim sposobem w zasadzie zdobywają zlecenia, najwyraźniej jednak je dostają. i zaczyna się dramat.

przestałam już liczyć, ile razy serwisom internetowym sugerowałam – “zatrudnijcie żesz w końcu korektora, skoro piszą dla was analfabeci”. rzecz jasna odzewu żadnego nie było, ale też i wcale się go nie spodziewałam. patrząc po komentarzach, i tak mało kto z czytelników zwraca uwagę na takie bzdury jak poprawna pisownia, więc po co się spuszczać i dodatkową kasę wydawać na korektę choćby najbardziej rażących byków.

czego zabrakło? myślę, że… czytania

“moje pokolenie” (rany, zabrzmiało jakbym z 70. na karku miała…) zamiast durnowatych historyjek w necie i szybkich tweetów, czytało książki. takie offline. pisane przez pisarzy, na dodatek przeważnie całkiem niezłych bo i nie tak łatwo jak teraz było coś wydać. osobiście pochłaniałam zawartość trzech różnych bibliotek i nie było tygodnia, kiedy bym jakiejś nie zaliczyła. do tej pory też pamiętam czytanie z latarką pod kołdrą jak rodzice gnali spać. nie, nie wszyscy tak mieli, ale jednak zdecydowanie więcej dzieciaków zaczytywało się książkami, niż ma to miejsce dzisiaj.

i to czytanie naprawdę dużo dawało. mimowolnie utrwalało się prawidłową pisownię, sposób wyrażania się, formułowania zdań, tworzenie opisów, dialogów, interpunkcję. do tej pory miewam tak, że jak nie jestem pewna jakiegoś zdania czy słowa, wystarczy mi, że je napiszę – któraś forma zdecydowanie mi “nie pasuje” i to jest zawsze ta błędna. tego efektu nie tylko nie da się uzyskać w necie, gdzie istotą przekazu jest jego prostota, dosłowność i skrótowość (tl;dr). przeciwnie, nawet ja od pewnego czasu zauważam, że chociaż nadal kłuje mnie w oczy błędna pisownia i staram się omijać czytanie ludzi, którzy ewidentnie są na bakier z rodzimym językiem – to też zaczynam nabywać różnych niefajnych nawyków. i robić zupełnie idiotyczne błędy. ok, dopóki je wyłapuję, nie jest tragicznie, ale jednak nigdy wcześniej mi się to nie zdarzało. a to zapala czerwoną lampkę alarmową: za dużo netu, czas sobie zacząć dawkować.

na szczęście i tak będę musiała

znaczy, dawkować. mam przed sobą parę miesięcy intensywnego kucia połączonego z równie intensywną pracą zawodową. to mi na szczęście pozwala bez większych oporów zmniejszyć zdecydowanie swój udział w coraz durniejszych, powtarzalnych dyskusjach, zwykle o kompletnie niczym. całkowicie pozbyć się nie tylko nie mogę (ze względu na klientów), ani nie chcę (ze względu na znajomych) – natomiast ograniczenie zrobi mi dobrze.

zwłaszcza językowo. powrót do normalnych książek, pisanych językiem trudnym ale, do cholery, poprawnym – będzie naprawdę miłą odmianą…

Jan Leuenberger, Bartek Poznański Lubisz te wpisy

5 Responses to “weź mi to popraw – poprawność językowa w zaniku”

  1. oj, zgadzam sie z tobą :/ Wtórny analfabetyzm rządzi a spróbuj zwrócić uwagę to zadziobią :/ A “bynajmniej” nie na miejscu to chyba w 90% przypadków używane.| dalej…

  2. a będzie gorzej, bo w szkołach teraz ani się nie kładzie nacisku na czytanie, ani się rzetelnie nie ocenia tego, co dzieciątka naklepią…

  3. Moi przynajmniej czytają i nie tylko teksty w necie :/

  4. zawsze się znajdzie taki, co wyskakuje przed szereg ;)) ale całkowicie poważnie, IMO aktualnie szkoły bardziej szkodzą na rozwój intelektualny, niż w nim pomagają.| dalej…

  5. za parę lat dzieciaki będą potrafiły stawiać tylko krzyżyki na testach – ewentualnie będą robiły kółeczka… w listopadzie jechałam z dzieciakami pociągiem… wszyscy się na mojego Jaśka gapili… no tak… 10 latek… książkę czytał!!!

Leave a Reply

You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>