rok 2015 zbliża się ku końcowi. już całkiem niedługo zaczniemy się zastanawiać, na co przeznaczyć swój 1% z podatków. historia diany, prawie 14-letniej bokserki, jak i kilku innych psów, które znalazły się w podobnej sytuacji, pokazuje niestety, że trzeba bardzo dokładnie sprawdzać, kogo i jakie działania w ten sposób finansujemy. są bowiem fundacje, które najwyraźniej zapomniały zupełnie, że ich zadaniem powinno być pomaganie zwierzętom, a nie ich dobijanie.

z rozmaitymi organizacjami, jak i osobami prywatnymi, zajmującymi się niesieniem pomocy zwierzętom starym, chorym, bezdomnym, porzuconym – jestem związana od wielu lat. w zasadzie, od kiedy pamiętam. krzywdzenie stworzeń całkowicie zależnych najczęściej od ludzi uważam za skrajne draństwo, które powinno być surowo karane choćby z przyczyn etycznych. dlatego jest mi niesamowicie przykro, że w tej historii katem okazała się fundacja mająca w statusie pomaganie zwierzętom. jeszcze bardziej przykre jest to, że sprawa niestety rykoszetem trafi także w organizacje i osoby rzeczywiście zaangażowane w ratowanie ogoniastych.

ale trzeba o tym mówić, bo z patologią należy walczyć

diana nie jest psem porzuconym, skrzywdzonym czy bezdomnym. przez 13 lat swojego życia miała kochającego pana, ciepły dom, miejsce na kanapie i jeśli była taka potrzeba, weterynarza o dowolnej porze dnia i nocy. tak, jestem tego pewna, i nie, nie opieram się na informacjach z facebooka – bo ten weterynarz to ojciec mojego znajomego. dlatego z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa mówię, że fundacja sos bokserom bezczelnie kłamie i bezpodstawnie oczernia tego człowieka. ale po kolei…

  • 13-letnia diana 10 lipca 2015 roku wychodzi poza teren posesji swojego pana. (patrz: 1) niech rzuci kamieniem ten, kto ma zwierzęta i nigdy mu się to nie zdarzyło, bo samym sos-om owszem. zwiała im psica, którą prawomocnym nakazem sądu mieli oddać właścicielom. a przynajmniej twierdzą, że zwiała, bo raczej mało kto w to wierzy.
  • dianę znajduje – i tu są rozbieżne wersje: wg. p. joanny błąkającą się 3km od domu, a według świadków niedaleko posesji – niejaka joanna cholewicka. ładuje ją do samochodu i zabiera do siebie.
  • zamiast szukać właściciela diany czy zgłosić jej znalezienie do lokalnego schroniska albo odpowiednich władz, ze względu na wiek diany, pani joanna wpada na pomysł oddania psa pod opiekę fundacji sos bokserom. zgodnie z instrukcjami, odwozi ją do kliniki “marysin”, 40km od domu, a następnie przekazuje fundacji. (patrz: 2)
  • weterynarze z “marysina” dokonują wstępnych oględzin i stwierdzają typowe dla tego wieku dolegliwości, plus niepodcięte pazury i brudne uszy. (patrz: 3) dodatkowo jest informacja o pchłach (relacja germaine: “kira miała na sobie tyle pcheł, jakby ktoś posypał ją makiem. normalny przemarsz wojsk”), tyle, że na zdjęciach fundacji nijak tego nie widać. (patrz: 4) diana zostaje jednak (mimo, że ma lat 13 a weterynarze ocenili ją na około 6) uznana za zaniedbaną i porzuconą, a fundacja podejmuje decyzję o jej przewiezieniu kilkadziesiąt kilometrów od właściciela i umieszczeniu, według ówczesnej wersji, w domu tymczasowym. później okaże się, że niezupełnie domu.
  • od strony pana t., właściciela diany (co potwierdza potem wielokrotnie sama fundacja (patrz: 5), dopiero po pewnym czasie zmieniając wersję na “domniemany właściciel”), trwają poszukiwania psicy, w które zaangażowany jest jej weterynarz, doktor lewin, wieloletni przyjaciel pana t.
  • od strony fundacji tymczasem rusza machina przekonywania potencjalnych darczyńców do tego, że diana (nazwana “kira”) była niemalże maltretowana, znaleziona po długim błąkaniu się bez opieki, zaniedbana i… z ropomaciczem. ta ostatnia zaskoczyła jej lekarza, który sam parę lat wcześniej wyknywał u diany sterylizację. smaczku zbieraniu kasy dodaje fakt, że zgodnie z tym, co twierdzi pani joanna, fundacja wie już, że psica nie jest bezdomna i ma kontakt do właściciela. mimo tego, już 13 lipca, czipuje psa na siebie. (patrz: 6)
  • pan t. kontaktuje się z sos bokserom sądząc, że odzyskanie diany to tylko kwestia formalna. pani prezes jednak nie ma najmniejszego zamiaru nie tylko oddać mu jego zwierzęcia, ale nawet pozwolić im się zobaczyć. żąda natomiast między innymi wydania jej całej dokumentacji medycznej psicy, zrzeczenia się jej na rzecz fundacji, oraz zmiany weterynarza na “ich” klinikę. ponieważ pan t. jest osobą starszą i schorowaną, ciężar “negocjacji” z panią prezes przejmują na siebie państwo lewin. rozmowy nie przynoszą rezultatów, germaine uparcie dąży jedynie do pozyskania dokumentacji medycznej diany (może żeby znów nie wyskoczyć z czymś, co łatwo obalić – jak z tym ropomaciczem), kompletnie ignorując właściciela chcącego zwierzę odzyskać. (patrz: 7)

potem paranoja zdecydowanie się rozpędza

po 17 dniach od bezprawnego wywiezienia diany, do gminy michałowice wpływa wniosek sos bokserom o wydanie decyzji o tymczasowym odebraniu psicy właścicielowi. (patrz: 5) drobny problem polega na tym, że osoba wydająca opinię psychologiczną dla sos bokserom nie tylko nie widziała diany na oczy, ale też mija się z prawdą w tekście. informuje np., że diana błąkała się w ponad 30-stopniowym upale, chociaż 10 lipca 2015r. było tam kilkanaście stopni celsjusza i zachmurzenie z opadami deszczu. (patrz: 8)

następuje wymiana pism między fundacją, p. lewin jako pełnomocnikami pana t., oraz wójtem gminy. 31 sierpnia odbywa się wizja lokalna na terenie posiadłości właściciela diany, a także rozmowy z sąsiadami. wójt w oparciu o zebrane dokumenty oddala 28 września wniosek o odebranie psa i wskazuje brak przesłanek do takiego działania. (patrz: 9a, 9b, 9c, 9d, 9e, 9f, 9g) zaznacza również, że weterynarz dokonująca oględzin nie złożyła wyjaśnień dotyczących wskazania, na czym polegało zagrożenie życia i zdrowia. zgodnie z prawem więc, diana ma wrócić do właściciela.

na podstawie decyzji wójta, podlegającej natychmiastowemu wykonaniu, 4 października pan t., wraz ze swoimi pełnomocnikami, policją i kilkunastoosobową grupą osób wspierających czynności prowadzące do oddania psa, zjawia się pismem magistratu, książeczką zdrowia diany i smyczą pod siedzibą fundacji. prezes germaine chekerjian akurat nie ma, ale po chwili podjeżdża… i szybko wrzuca wsteczny bieg i ucieka. parkuje kilka ulic dalej, po czym wzywa policję zgłaszając “tłum grożący jej linczem”. (patrz: 10) diany nie udaje się odzyskać, pan t. i jego pełnomocnicy składają doniesienie o popełnieniu przestępstwa przywłaszczenia psa przez fundację.

sprawa tymczasem nabiera rozgłosu

w internecie i w okolicach miejsca zamieszkania pana t. gromadzą się ludzie oburzeni postępowaniem fundacji. sos bokserom zaczyna początkowo tylko kasować negatywne komentarze na facebooku, później usuwa wszystkie wątki dotyczące diany, a w końcu blokuje każdego, kto zapyta o psa. w efekcie nie tylko jednak tematu nie kończą, ale prowokują zgromadzenie się zdenerwowanych ludzi na osobnej stronie i wydarzeniu, gdzie można swobodnie wymieniać się informacjami i pomysłami. przy tej okazji wychodzi na jaw, że diana nie jest jedynym psem przywłaszczonym i bezprawnie przetrzymywanym lub skrzywdzonym i wykorzystanym przez fundację. są jeszcze między innymi:

  • amor (w sos: kaszub), zawłaszczony na początku roku – historia jego i diany [tutaj]
  • safi, którą próbuje odzyskać, albo chociaż znaleźć hodowczyni
  • irys (w sos: leon), którego udało się po wielu bojach odzyskać
  • piorun, bokser bez łapki, wyłudzony ze schroniska i wykorzystany do zbiórek kasy
  • szczeniaki pani kasi, które sos chciało sprzedać (na szczęście nie wyszło)
  • saba (w sos: emma), historia w artykule i komentarzach [tutaj] i [tutaj]

historie safi, irysa, pioruna i szczeniaków przeczytacie [tutaj] (pdf)

o ilu nie wiemy? w samym sos bokserom jest lub było sporo psów. jak wskazują ostatnie miesiące, do podobnych zjawisk dochodzi też w innych fundacjach. schemat jest zawsze ten sam:

  • do fundacji trafia zagubione zwierzę mające właściciela.
  • pierwszą czynnością jest zabranie do “zaprzyjaźnionej kliniki”, wypunktowanie każdego insekta i plamki na sierści, dorobienie łzawej historii – i rozpoczęcie zbierania kasy.
  • przedstawiciele fundacji udowadniają wszelkimi sposobami, że było co najmniej zaniedbywane; przy czym czasami zaniedbanie to opóźnione szczepienie, brak chipa, zbyt mało ich zdaniem dokładna dokumentacja medyczna, za długie pazury, obecność pcheł, czy nawet fakt, że pies ma jakąś przewlekłą chorobę (tu pojawia się zarzut “nie dość dobrego” leczenia…).
  • właściciel chce odzyskać zwierzę, pies znika a fundacja odmawia podania miejsca jego pobytu. często nawet mimo prawomocnych wyroków, orzeczeń i wbrew prawu.
  • fani fundacji w międzyczasie rzucają oszczerstwa w kierunku właściciela i durnowato się cieszą, że już psa nie ma. fundacja nie reaguje.

dokładnie tak było z dianą

od momentu zainteresowania sprawą diany odpowiednich służb, sprawa… stoi w miejscu. prezes chekerjian ignoruje wójta, prokuraturę i policję i odmawia podania miejsca pobytu psa. następuje zrzuta wkurzonych na fundację osób – 8.000 zł nagrody za wskazanie, gdzie diana jest przetrzymywana. nic to nie daje. jak się później okazuje dlatego, że sunia jest zamknięta w tak zwanej “wiosce psów”, czymś w rodzaju hoteliku, współpracującego ściśle z sos bokserom. jak można podejrzewać te 8.000 zł jest dla niej zdecydowanie zbyt małym argumentem, żeby narazić na szwank znajomość z szefową fundacji.

no właśnie, miało być o “domu tymczasowym”

otóż sos bokserom, rzekomo w trosce o dianę, odebrało ją właścicielowi, u którego spała spokojnie na kanapie i miała dla siebie całe podwórko. przekazano ją natomiast wcale nie do domu, tylko do czegoś w rodzaju hoteliku dla zwierząt. spała w klatce, łaziła po nasłonecznionym wybiegu (pamiętacie pogodę w sierpniu?) z innymi psami. faktycznie, warunki tak jej poprawili, że klękajcie narody… pani weterynarz, która przybytek prowadzi, 26. października wydaje oświadczenie [zob. tutaj], w którym nonszalancko stwierdza, że skąd mogła wiedzieć o dianie (czyżby nie rozmawiała ze swoją koleżanką germaine?). żaląc się, że w internecie pojawiają się negatywne opinie o opiece nad suczką zapomina najwyraźniej o tym, że sama pisała – “bardzo trudno jest jej podawać tabletki, czasem po godzinie można znaleźć rozpuszczoną tabletkę, którą trzymała za zębami i gdzieś wypluła jak na nią przestaliśmy patrzeć” [zob. tutaj]. cóż, weterynarz i właścicielka hoteliku chyba powinna potrafić podać psu głupią tabletkę…?

pomijam, że fundacja zwyczajnie kłamała mówiąc o domu tymczasowym, ale to, że sos bokserom łże częściej niż oddycha, to już raczej wiadomo.

uczciwie jednak stwierdzę, że diana trafiając do wioski psów, i tak miała szczęście. 5. listopada fundacja emir (reprezentowana przez p. krystynę sroczyńską) i straż dla zwierząt (reprezentowaną przez zaangażowanego w sprawę p. mateusza jandę), we współpracy z prokuraturą, przeprowadzili przeszukanie w innym “domu tymczasowym” fundacji sos bokserom. tym razem był to “hotelik” (cudzysłów uzasadniony, zaraz zobaczycie) w jajkowicach. syf, pierdolnik i stan przetrzymywanych tam zwierząt w zupełności wystarczy za komentarz. nikt, kto posiada elementarną empatię po obejrzeniu zdjęć i przeczytaniu bzdur, jakie napisało szefostwo sos bokserom tłumacząc się z upychania tam psów, nie będzie miał wątpliwości, że zarówno fundację, jak i ten “hilton”, należy natychmiast zamknąć, prokuratura powinna postawić bardzo konkretne zarzuty, a sąd nie bawić się w żadne “w zawieszeniu”. relacja, fotki i pożal się boże tłumaczenia fundacji i właścicielki “hoteliku” – [tutaj] (pdf)

a co dalej z dianą?

dalej… nic. p. mateusz janda ze straży dla zwierząt zdobył co prawda nakazy przeszukania fundacji, ale diany nie znaleziono. 21. października odbyła się rewizja w siedzibie sos bokserom i jednocześnie domu szefowej. 23. października z kolei jednocześnie, o 9.30 przeszukane zostały trzy lokalizacje: przy ul. kożuchowskiej, marysińskiej oraz ludwinowo zegrzyńskie gm. serock. w żadnym z tych miejsc nie udało się odnaleźć ani diany, ani drugiego z poszukiwanych psów, boksera amora. germaine nadal z uporem maniaka odmawiała podania miejsca ich pobytu. wraz z p. duchnerem złożyła nawet skargę na związane z przeszukaniem czynności prokuratorskie, w wyniku czego akta sprawy muszą trafić do sądu w celu rozpatrzenia zasadności tejże skargi. prawdopodobnie jest to po prostu kolejny wybieg mający na celu przeciągnięcie sprawy.

po rewizji natomiast, 24. października, na stronie fundacji sos bokserom pojawiła się informacja o śmierci diany. mało kto w to uwierzył, skoro szefowa jest jedną z tych osób, które jak mówią “deszcz pada” – to należy szukać okularów przeciwsłonecznych… w pewnym sensie zblokowało to jednak poszukiwania, za to nakręciło chęć linczu na szefowej. tematem zainteresowali się natomiast specjaliści, jasno wypowiadając się, że takie praktyki w przypadku fundacji mającej chronić zwierzęta, są zwyczajnie szkodliwe dla podopiecznych.

sama fundacja tymczasem stara się zastraszyć albo przynajmniej zdyskredytować doktora lewina. nagrywa rozmowy na temat diany, “zarządza” przeszukanie (patrz: 11a, 11b) w celu znalezienia dokumentacji medycznej (jak wspomniałam, nic sos-om do tych dokumentów, ale bardzo chcą je mieć), “tłumaczy” swoim fanom, że fałszował dokumentację – mimo, że nijak nie potrafi tego udowodnić. szefowa germaine miesza się w zeznaniach, raz twierdząc, że dokumentacji nie ma, za chwilę że jest sfałszowana, po czym znów że jej nie ma. niektóre posunięcia są naprawdę kuriozalne, jak choćby “donos” do rzecznika odpowiedzialności zawodowej na dr lewina (patrz: 12). wrogiem sos bokserom stał się też p. janda, któremu fanklub fundacji ciągle próbuje stawiać kolejne zarzuty, nie odnoszące się jednak nijak do sytuacji. zaszczyt oczerniania przypadł w udziale również fundacji emir, zapewne w ramach zemsty za ujawnienie warunków w “hoteliku” w jajkowicach.

oczywiście, nikogo to nie zniechęca. przeciwnie

walka prawników o poznanie prawdy dotyczącej diany trwa. niechęć do fundacji i tego, co wyczynia z psami mającymi właścicieli, stale rośnie. pojawiło się nawet trochę pomysłów na to, jak sos bokserom wysłać na fundacyjną emeryturę, a możliwe, że jej szefową na odpoczynek za kratkami. mam szczerą nadzieję, że uda się do tego doprowadzić.

zwłaszcza, że panie szefowe nadal próbują przejmować cudze psy. już na samym początku listopada pojawiła się informacja o poszukiwaniu przez właścicieli starszej bokserki, która po odnalezieniu trafiła do schroniska na paluchu. jak tylko sos bokserom się o tym dowiedziało, miguśkiem zwinęli tyłki i kurcgalopkiem do schroniska przejąć psa. tym razem na szczęście właściciele zdążyli – w ostatnim momencie, bo w schronisku zastali dwie osoby z sos bokserom przy swoim zwierzaku. psica pojechała do domu, fundacja pewnie się wkurzyła. ale się udało. ile razy jeszcze się nie uda i ile psów na tym ucierpi? likwidacja tej organizacji jak widać jest sprawą pilną.

wszystkie wydarzenia można śledzić na facebooku:

  • uwolnić dianę – [tutaj]
  • stareńka bokserka diana zamęczona przez fundację sos bokserom – [tutaj]

czemu o tym wszystkim piszę?

nie tylko dlatego, że działania fundacji sos bokserom uważam za czystej postaci skurwysyństwo. nawet nie dlatego, że zależy mi na tym, aby te wydarzenia poznało jak najwięcej ludzi – tak, żeby patologia tego rodzaju zniknęła przynajmniej częściowo z tego kraju. i nie tylko w pewnego rodzaju hołdzie i ukłonie dla niewinnej diany, którą sos zwyczajnie potraktowało jak przedmiot, coś nie czującego strachu, smutku, dezorientacji, tęsknoty – a wręcz jak źródło szmalu i szansę pokazania swojej władzy.

piszę o tym również dlatego, żebyście przy zbliżających się rozliczeniach podatkowych nie popełnili karygodnego błędu i nie zasilili swoim 1% kont szumowin, które mają gęby pełne miłości do zwierząt, a na rękach ich krew. sprawdzajcie. jeśli organizacja, której chcecie puścić ten pit czy inny przelew charakteryzuje się tym, że każdy pies przeżył koszmar i wymaga kosztownego leczenia, a każdy właściciel jest znęcającym się, nieodpowiedzialnym sadystą – uważajcie. prawdopodobnie trafiliście właśnie na coś podobnego do sos bokserom. bo w prawdziwym życiu, poza dramatami, zdarza się też zwyczajne wybiegnięcie kochanego i zadbanego zwierzaka za płot, nie z powodu “rażących zaniedbań”, ale zwykłej nieuwagi. w prawdziwym życiu psy czasami bywają niesterylizowane, nie noszą non stop obroży przeciwpchelnej, czasami nie noszą żadnej, są często uwalone nie dlatego, że właściciel dupa, tylko po prostu się bawiły w błocie. w prawdziwym życiu część znalezionych zwierząt ma właściciela, który je kocha i umiera z niepokoju. i wcale nie jest ostatnią mendą, jak próbują to niektórzy “miłośnicy” wciskać.

no i zwyczajnie nie chcę takich trefnych fundacji

i tak szczerze, zaczęłam się bać. moje psy chipów nie mają (choć to niewątpliwie zaraz nadrobię), często biegają bez adresatki (na ogrodzie, wśród krzewów, obroża stwarza zagrożenie “powieszenia się” na gałęzi. zwłaszcza podczas żywszej zabawy…), bywają uwalone po czubek nosa po deszczu, a dokumentacji medycznej nie mam wcale, ma ją nasz weterynarz i wystarczy. jeszcze do niedawna byłam zadowolona, że istnieje tyle stowarzyszeń zajmujących się zwierzętami, bo sądziłam, że w razie nieprzewidzianego wypadku, ucieczki psa bo się wystraszył albo ktoś nie domknął drzwi (serio, zdarzyć się może każdemu) – ktoś się nim zajmie i da znać, gdzie jest. teraz wręcz wolałabym, żeby nikt się nie zajął, bo pies najprawdopodobniej z tego lasu obok po prostu wróci, a alternatywa w postaci wynajmowania prawników, a potem adwokata jak łeb urwę porywaczowi, nie jest szczególnie fajna…

Tomasz Lewin, Edyta Możdżyńska, Iza Romańczuk Lubisz te wpisy

4 Responses to “sos bokserom: fundacja, która zapomniała, że ma pomagać”

  1. bardzo fajne podsumowanie sprawy. podziwiam twoje zaangażowanie – ja zdążyłam się 20 razy pogubić w natłoku postów i komentarzy na wydarzeniach związanych z Dianą i właśnie czegoś takiego mi brakowało.| dalej…

  2. Dominika

    Bardzo fajnie opisane… Mnie jednak bulwersują dodatkowo jeszcze dodatkowe fakty. Chodzi o ten “hotelik” – Wioska Psów.

    Osoba prowadząca “hotelik” to hodowca, weterynarz… A mimo to:

    - przetrzymywała psa wiedząc, że szuka go właściciel i policja
    - warunki panujące tam na miejscu to… “schroniskowe” boksy, piach, piach, piach i jakieś? drabinki.
    - co więcej psy na wybiegu (kilka sztuk) dostawały jedzenie na piachu, jadły z brudnych drabinek na które należało się wspiąć. Występuje tu ryzyko zachorowania (dużo bakterii, mocz kał, piach itp), ryzyko pogryzienia (psy na wybiegu mogłyby walczyć o jedzenie), starsze psy z kolei nie są w stanie wejść na takie drabinki i zjeść. Wyobraźcie sobie sytuację: dużo bezdomnych, schorowanych niejednokrotnie psów na wybiegu pożera jedzenie na piasku. Szalone…

    Moim zdaniem taka osoba nie może nazywać się weterynarzem ani hodowcą. Nie wzruszyło totalnie tej kobiety, że pies jest CZYJŚ. Co to oznacza? Przyprowadzi ktoś do niej psa na zabieg, to ona stwierdzi “zaniedbanie” i go sobie przywłaszczy? Będzie zbierać pieniądze na utrzymanie czyjegoś psa? Dla niej najwyraźniej to nic złego. W ŻYCIU nie poszłabym do takiego weterynarza. W ŻYCIU nie pozostawiłabym psa w hotelu, gdzie przebywają kradzione psy a właścicielka nie widzi w tym problemu.

    Kompletnie bulwersującą sprawą jest ten Hotel pod Bokserem. Niewyobrażalny brud, syf, gorzej niż chlew. Brak mi słów w jakich warunkach żyły te psy. Fundacja pisze coś o zaufaniu… ?? ograniczonym… ?? Totalna bzdura to tak jakbym ja oddała swoje psy do pseudo-hodowli gdzie by umierały i cierpiały przez wiele lat, codziennie bym się kontaktowała z właścicielami, odwiedzałabym i twierdziła wszem i wobec, że nie wiedziałam w jakich są warunkach. Cóż za niewyobrażalne kłamstwo, manipulacja i propaganda. Faktem jest, że po prostu kradli niejednokrotnie ludziom psy i dla ich dobra przetrzymywali w takich melinach. Na tym trzeba by się skupić w tym momencie a nie prywatnych problemach Pani Joanny.

  3. ciemna

    Oby udało się zamknąć tę fundację i zapobiec kolejnym nadużyciom i krzywdzeniu zwierząt. Mam tylko jedno pytanie do autorki – czemu nie używa Pani wielkich liter?

  4. Śledzę historię Diany i nie mogę uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Tak to prawda, to zwykłe skurwysyństwo. Nie rozumiem tylko jednego, dlaczego schronisko oddaje zwierzę fundacji. Musi czy robi to dlatego, że wiadomo mają dużo zwierząt, a tu taka okazja – szybko ktoś jest chętny. W Polsce zwierzę jest traktowane jak rzecz, kilka razy fakt ten pokazano w publikacjach o Dianie. Idąc tym tokiem myślenia, fundacja okradła właściciela Diany (i wielu innych), a za kradzież grozi kara z kk.

Leave a Reply

You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>