macie czasami tak, że jak wam się wszystko już dosłownie wali na łeb, nic nie sprawia frajdy, a rzeczy, którymi się zajmujecie od iluś-tam miesięcy doprowadzają powoli do szewskiej pasji – jedno nieznaczące w sumie wydarzenie sprawia, że dostajecie spowrotem tego kopa do działania? ja w sumie nie ;)) ale właśnie coś takiego mi się zdarzyło. przetrząsając neta, spotkałam się przypadkowo klawisze w klawisze (jego pewnie dotykowe) z człowiekiem, który właśnie wrócił z azji i przygotowuje się do wycieczki na irlandię. na trochę, pomieszkać, porobić rzeczy – i przenieść się gdzieś indziej. a tym, co daje mu taką absolutną wolność, jest nic innego, jak pasja wspomagana internetem i różnymi nowinkami technicznymi.

dziwne, ale z określeniem “digital nomad” spotkałam się po raz pierwszy. znaczy, mam rzecz jasna pełną świadomość istnienia ludzi, którzy pracując online mogą sobie to robić z dowolnego miejsca na świecie pod warunkiem, że mają tam niezłe łącze. sama wielokrotnie podkreślałam, że to jest właśnie coś, co nasze pokolenie odróżnia od poprzednich: nie jesteśmy przywiązani do miejsca, tylko do konkretnej technologii. ale to, że istnieje całkiem spora społeczność ludzi, dla których jest to nie tylko opcja, ale styl bycia – jest dla mnie jednak pewną nowością, którą dopiero przetrawiam.

czy też chciałabym w ten sposób żyć? w sumie, to nie. lubię swój stabilny system dnia, a wyjazd do azji z siedmioma psami uważam za dość głupi pomysł ;)) głównie ze względu na tamtejsze menu.
czy jednak chciałabym mieć taką możliwość? kurde, jasne, że tak. a jest ktoś, kto by nie chciał?

dziwne, ale przeglądając fora dyskusyjne i czytając rozmowy ludzi, którzy wybrali taki lifestyle, nie znalazłam ani jednego polaka. serio. ani sztuki. i zastanawiam się, z czego to wynika? no bo ok, płace są u nas do luftu, możliwość zdalnej współpracy z firmami nadal leży na łopatkach mimo niewątpliwie dużego postępu w tej kwestii – znaczy, firmy już wiedzą, że tak można, chociaż dalej niezbyt chętnie się zgadzają (piorun wie czemu w sumie, skoro to i tańsze, i wygodniejsze i ogólnie sprawdza się lepiej niż stawianie kolejnego biurowca z wyposażeniem. ot, kwestia przyzwyczajenia pewnie…).

tylko, że to nie są przecież żadne przeszkody. ilu z nas nie zna choćby podstaw angielskiego czy niemieckiego? nic nas tak naprawdę nie trzyma przecież siłą w kręgu polskich firm, starających się znaleźć pracownika najlepiej za darmo, a w ogóle to żeby dopłacał. ot, wczoraj trochę wyśmiałam “rewelacyjną propozycję” pisania artykułów za, trzymajcie się czegoś, 90zł za 100 tekstów 1.500 zzs. całkowicie wierzę, że nie, tym się akurat zarobić na taki styl życia nie da. tylko czemu się kurczowo trzymać różnych olx’ów czy tam innych oferii?

większość ludzi, z którymi wczoraj rozmawiałam, ma klientów na całym świecie. często właśnie przy okazji swoich wyjazdów pierwszy raz w życiu się z którymś spotyka na żywo. to są bardziej relacje biznesowe, niż standardowy u nas freelancerski układ zleceniodawca – wykonawca. a tego się nie robi za pomocą odpowiadania na ogłoszenia w necie, prawda?

co więc stoi na przeszkodzie, żeby chociaż paru polaków dołączyło do tej naprawdę świetnej społeczności? imo głównie nasze podejście do technologii i pracy. a w zasadzie do obu tych spraw jednocześnie. “praca” to u nas dalej jest takie coś, że się rano wstaje, idzie do firmy, siedzi na tyłku ileś-tam godzin, a po miesiącu dostaje przelew na konto. a technologia to jest to, co się w tej pracy wykorzystuje do robienia tego, co pracodawca sobie zażyczy. nawet zresztą, jeśli nam osobiście takie skojarzenia nie siedzą w głowie, to siedzą rodzinom i znajomym. jak dobrze znacie takie teksty?

  • siedzisz tylko przy tym komputerze, wziąłbyś się za jakąś pracę
  • weź posprzątaj, pozmywaj, skocz na zakupy, skoro i tak siedzisz w domu
  • nie no, jak nie możesz się wyrwać na weekend nad jezioro? przecież cały czas w domu siedzisz, dobrze ci zrobi
  • ojtam, zostaw to na parę minut, przecież ci nigdzie nie ucieknie

no niby nie ucieknie, ale odrywasz się na te kilka minut, albo tracisz je na tłumaczenie, że tam siedzi klient i czeka na maila – i już wszelkie skupienie na pracy szlag trafił.

dobra, ale nie o tym miało być. może kiedyś.

powyższe sugeruje mi jednak, że prawdopodobnie nadal problemem jest nasze podejście nie tylko do pracy przez internet, ale też i do korzystania z globalnej sieci i dostępnych w niej usług i możliwości tak w ogóle. może to już dobry moment, żeby zacząć to zmieniać?

Marek Stankiewicz, Tomasz Lewin Lubisz te wpisy

2 Responses to “digital nomad, czyli gdzie przespałam ostatnią dekadę…? a. tak. w domu.”

  1. Poczytałem stronę gościa który tak żyje. Dla kreatywnych informatyków – myślę że genialne.
    Ale ja.. Musze się mocno zastanowić czy mam jakiekolwiek umiejętności które dały by się tak wykorzystać

  2. “weź posprzątaj, pozmywaj, skocz na zakupy, skoro i tak siedzisz w domu” – haha, skąd ja to znam :D Albo że w ramach przerwy/relaksu/czegoś… i cała koncentracja, która i tak ledwo zipie, poszła w czorty.

Leave a Reply

You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>