24 listopada 2014

równe szanse w edukacji – edycja polska

temat dzieci niepełnosprawnych i zapewnienia im równych szans jest teraz medialny. ale po odejściu od tv, kiedy mierzymy się z rzeczywistością, okazuje się, że jak wszędzie – są dzieci równe i równiejsze. równiejsze są rzecz jasna te sprawne. ma to realne odbicie w sposobie, w jaki traktowane są te mniej równe, mające specjalne potrzeby edukacyjne.

jest sobie chłopak, nazwiemy go “S”

uczęszcza do 6. klasy. jest inteligentny, z programem nauczania wyprzedza swoich rówieśników o kilka lat, zna świetnie język obcy. uczy się błyskawicznie, nie musi powtarzać materiału w domu, bez problemu wykuje na drugi dzień wiersz na pamięć i wyrecytuje go idealnie.

ma też jednak problem neurologiczny, w wyniku którego nie jest w stanie pisać ręcznie. oczywiście, w xxi wieku nie jest to wielka tragedia, mamy elektronikę, w tym netbooki, potrafiące spokojnie zastąpić zeszyty na lekcjach. dzięki temu “S” może swobodnie brać udział w zajęciach i uczyć się dalej na wysokim, naturalnym dla niego poziomie. ponieważ jednak jest to już 6. klasa, aktualnie “S” czeka na test szóstoklasisty, a potem na gimnazjalny. chce je pisać, wszyscy wiedzą że spokojnie zdobyłby blisko 100% punktów nawet bez większego przypominania sobie materiału.

była sobie rok temu klasa szósta “X”

wszyscy w klasie “X” pisali w zeszłym roku test szóstoklasisty. niektórym poszło świetnie. innym zabrakło czasu na udzielenie wszystkich odpowiedzi. jeszcze inni mieli problem z wystarczająco szybkim rozwiązaniem działań. większość nie miała czasu na sprawdzenie jeszcze raz odpowiedzi przed oddaniem testu.

w rezultacie całej klasie “X” wyszła średnia około 67% udzielonych poprawnych odpowiedzi. nie jest to zły wynik, zwłaszcza że dzieciaki są różne, jedne uczą się lepiej, inne gorzej, jedne mają warunki do nauki w domu, inne nie, i tak dalej. generalnie, jest całkiem ok.

w przypadku “S” nie będzie ok mimo, że uczy się świetnie

a nie będzie ok właśnie dlatego, że opowieści o dawaniu równych szans są co prawda śliczne i medialne – ale niestety kompletnie nieprawdziwe. równe szanse “S” miał na zajęciach, gdzie korzysta z netbooka do robienia notatek. i ok, równe szanse teoretycznie ma też na egzaminach, bo jak najbardziej może je również pisać na laptopie, skoro długopisem na formularzach zaznaczyć, policzyć i napisać wypracowania, nie jest w stanie.

w czym więc problem? ano w tym, jak wygląda w praktyce ta polityka równych szans według men, oke, oraz operona, który układa testy i dostarcza do szkół?

“S” może pisać na laptopie, żaden kłopot, ma prawo ze względu na specjalne potrzeby edukacyjne opisane przez psychologów i terapeutów. w związku z tym “S”:

  • dostanie na teście do dyspozycji laptopa
  • dostanie tzw. nauczyciela wspomagającego, o którym później
  • dostanie z operona normalny, papierowy arkusz z pytaniami testowymi
  • zawartość arkusza, czyli pytania i zadania do przeliczenia, będzie musiał przepisać sobie na laptopa, i tam policzyć, pozaznaczać czy opisać
  • nauczyciel wspomagający jego odpowiedzi z ekranu laptopa będzie przenosił długopisem do przesłanego przez operon normalnego, papierowego arkusza
  • krótkie wypracowanie na określony temat, będące zwykle integralną częścią testu, zostanie wydrukowane z laptopa i dołączone do arkusza

wydawałoby się, że przy tak wielkich utrudnieniach, naturalne byłoby znaczne wydłużenie czasu potrzebnego na napisanie testu. ale nic z tego, ani men ani oke nie przewidują ani dodatkowej minuty. żeby więc wziąć udział w teście, “S” musi nie tylko zmieścić się w czasie z odpowiedziami, ale też z przepisywaniem papierowego arkusza do laptopa i drukowaniem wypracowania.

już na pierwszy rzut oka jasne jest, że przy takich warunkach wynik jaki osiągnie będzie drastycznie poniżej jego rzeczywistych umiejętności i wiedzy.

po co nam w takim razie ta cała technika i rzekome “równe szanse”?

operon dostarczający arkusze testów najwyraźniej robi je na tradycyjnej maszynie do pisania, ponieważ możliwości przekazania wersji elektronicznej nie przewiduje w ogóle.

men i oke również nie przewidują możliwości wypełnienia przez “S” całości testu na komputerze, z późniejszym wydrukowaniem pełnego, gotowego arkusza – upierają się przy przepisywaniu najpierw do komputera przez “S”, potem na papier przez nauczyciela wspomagającego.

wykonanie interaktywnego formularza zajmuje może z godzinę, a zakładam, że firma kalibru operona jakiegoś informatyka ma pod ręką. ewentualnie jest w stanie takowego ściągnąć – bo przecież nie tylko “S” potrzebuje formularza w tej postaci. zrzucenie tego potem na najtańszego pendrive’a to kilka sekund. koszt prawdopodobnie niewiele wyższy od drukowania arkusza, a nawet jeśli, to operonowi powinno się to nadal opłacać – w końcu charytatywnie tych testów nie przygotowują. a dzięki tej prostej procedurze, otrzymaliby informacje prawdziwe, nie zafałszowane wymienionymi wyżej dość uciążliwymi dla ucznia utrudnieniami.

nie da się.

ok, wobec tego wystarczyłoby po prostu zrzucić na tego pendrive’a zwykła wersję elektroniczną arkusza. to mają na pewno, w końcu z czegoś te arkusze drukować potem muszą, prawda? koszt – jak wyżej. czas – jak wyżej. korzyści – jak wyżej.

też się nie da.

men ani oke nie widzą w ogóle problemu, przecież “S” i inne dzieciaki z podobnymi problemami arkusz dostają i mogą sobie pisać. a, że zajmie im to siłą rzeczy znacznie dłużej… nie będą im przecież dawać dodatkowego czasu. w końcu to tylko problem neurologiczny, nie umywa się do takiej dysleksji, przy której wydłużenie czasu to jedynie formalność (i dlatego odsetek dyslektyków skoczył w ostatnich latach z kilku do nawet kilkudziesięciu procent w niektórych szkołach).

ewentualnie, zdaniem men, można przecież dzieciaka zwolnić z pisania testu. bo co im będzie wyniki zaniżał, jak się w czasie nie wyrobi?

i tak wygląda praktyka teorii “równych szans” według men

zapewne dzieciaki z innymi zaburzeniami, również utrudniającymi im napisanie testu, borykają się z rozmaitymi podobnymi bądź zupełnie innymi, ale nadal uciążliwymi wymysłami men i oke. akurat ten przypadek znam, zakładam jednak, że znalazłoby się wielu rodziców, których dzieci zostały potraktowane w podobny sposób z powodu swojej niepełnosprawności.

jeśli znacie też inne rodzaje kłód i kamieni rzucanych tym dzieciakom pod nogi przez naszych – nie mogę tego inaczej nazwać, przepraszam – urzędasów, to koniecznie dajcie znać. ja natomiast w tym miejscu jedynie podsumuję:

“równe szanse w edukacji”? – ha ha ha.