13 września 2014

demokracja? nie, bankokracja. i to od dawna

internet zbulwersowała informacja o staruszce z alzheimerem, na konto której nabrano 18.000 zł kredytów. w normalnym układzie powinno to być niemożliwe – ale nie w kraju, gdzie trwa gonitwa za prowizjami, a każdy bank spróbuje wcisnąć ci dokładnie wszystko, co akurat ma na liście limitów do wyrobienia. nie tylko bank, różne chwilówki dokładnie tak samo. i co ciekawe samo w sobie, nie tylko nikt z tym nie próbuje nic robić, ale wręcz polityka i sami szefowie banków naciskają mocno, żeby poprawiać statystyki wciskania.

w sierpniu atakowały mnie po oczach z witryn banków reklamy typu “szybkie pożyczki na wyprawki do szkoły”. w necie jest dokładnie to samo. ba, spece rozmaici, głównie okołofinansowi (doradcy, bankowcy, etc.) doradzają, gdzie się najkorzystniej zapożyczyć, żeby kupić książki, zeszyty, plecaki, piórniki i inne podstawowe rzeczy dziecięciu do szkoły. do szkoły, kurwa. darmowej szkoły. w ramach darmowej edukacji.

przed wakacjami podobny atak przypuszczały banki na ludzi, których mimo zasuwania rzetelnie cały rok w pracy, nie stać nadal na to, żeby zabrać rodzinę choćby na tydzień na wakacje. już za chwilę pojawią się specjalne oferty dla studentów, którzy przecież w październiku wracają na uczelnie i powinni zacząć rzetelnie wydawać – najlepiej zapożyczone, bo tacy, co sobie w wakacje zarobili własny szmal, to dupa nie klienci. a zaraz potem zarzuceni zostaniemy kolejnymi ofertami na ‘święta naszych marzeń’, ‘wymarzone prezenty dla bliskich’ (najlepiej za nie kupić oferty operatorów, takie z abonamentem na następne dwa lata), czy ‘wyśniony sylwester w górach’ albo w ogóle na copacabana. no, a zaraz potem ferie zimowe i potomstwo oraz siebie trzeba koniecznie wysłać do drogiego kurortu, zaopatrzone w ciuchy i sprzęt rzucające się w oczy odpowiednimi (czyt.: markowymi) napisami wielkości plakatu na całą ścianę.

nie, w międzyczasie banki też nie próżnują. w tv lecą ostatnio wzruszające reklamy, jak to dziecię ma wybitny talent, który się marnuje, bo paskudny rodzic zamiast wziąć pożyczkę i zasponsorować potomstwu koncert, egoistycznie liczy, czy go aby na to stać. poza sezonami na większe zakupy, zapewne każdy, kto kiedykolwiek skorzystał z choćby minimalnej pożyczki, karty kredytowej czy czegokolwiek w ten deseń, dostanie ‘absolutnie rewelacyjną, spersonalizowaną ofertę pożyczki’, dzięki której remontowaną 3 lata temu kuchnię wyremontuje sobie drugi raz, cholera go wie po co. albo kupi tv plazmowy na pół ściany, bez którego cała rodzina jest permanentnie nieszczęśliwa i prawie że sobie żyły podcina z żalu, że ma tylko normalny telewizor.

w czym problem…?

problemy są generalnie dwa. pierwszy z nich jest banalny do stwierdzenia: zarabiamy średnio zupełnie pierdołowate pieniądze, więc wydatek choćby i na tą wyprawkę do szkoły (książki, ćwiczenia, zeszyty, przybory do pisania i do matmy, strój na wf koniecznie w określonych kolorach, strój na basen z odpowiednim znaczkiem żeby się rówieśnicy nie nabijali, plecak, pomoce naukowe, etc.) tych kilkuset złotych, to zazwyczaj całkiem spora część budżetu rodzinnego. jak do stałych wydatków – prąd, woda, gaz, ścieki, śmieci, a bądźmy szczerzy także rachunek za telefon i internet, często rata za mieszkanie, czynsz i inne takie – dorzucimy jeszcze “niespodziewane” albo “sezonowe” koszty, to leżymy na plecach i kwiczymy, a nasz portfel zarazsta pajęczyną i przegląda oferty biletów pkp w jedną stronę. jeżeli więc w środku tego cyrku wyskoczy jakiś większy ale niezbędny i pilny wydatek, to nie za bardzo istnieje inna opcja, niż wziąć się i zapożyczyć. i oddać drugie tyle, tylko że w ratach.

drugi problem jest IMO poważniejszy: bankowcy, nawet miłe panie przy kasie, mają teraz zafajdany obowiązek ‘w przerwach’ między obsługiwanymi klientami dzwonić po ludziach i wciskać im kit. znaczy się przepraszam, oferować dodatkowe usługi banku. mają rozpiski jak reagować na różne teksty niezbyt zainteresowanego klienta, są wysyłani na szkolenia z gatunku ‘jak naciągnąć frajera na coś, co jest mu doskonale zbędne’, a na dodatek – mają określone, przydzielone normy sprzedaży poszczególnych usług. w tym miesiącu masz wcisnąć x kont, y pożyczek i v ubezpieczeń, bo jak nie, to sobie odbędziesz wyjątkowo nieprzyjemną dyskusję z szefostwem. i to właśnie to niejako motywuje do udzielania pożyczek i kredytów osobom, które tak naprawdę powinno się spławić, bo z góry wiadomo, że ni cholery nie poradzą sobie ze spłatą.

i tu wracamy do starszej pani z alzheimerem

oczywiście, że bankowcy, którzy podpisali z nią umowy pożyczek, nie są totalnymi debilami i musieli widzieć, że mają do czynienia z najnormalniejszym w świecie naciągnięciem starszej pani przez osoby trzecie. zauważyłby to każdy kretyn, nie wierzę więc, że nikomu nie wydało się to ani trochę podejrzene. ale prowizja jest prowizja, a jak się ma do wyboru nakarmić i wyposażyć w książki do szkoły własne dzieci, albo zdobyć się na uczciwość i odmówić wiedząc, że kolega obok z dziką frajdą pożyczki udzieli i odhaczy sobie jeden punkt z listy “do wciśnięcia frajerowi” – well, efekt jest właśnie taki, jak widać.

najwyraźniej zaś, żadnego z tych udzielających pożyczek bankowców nie zainteresował ani odrobinę fakt, że starsza pani tej pożyczki spłacać nie będzie. nie zmusi jej też do tego żaden sąd, a komornik ewentualnie będzie mógł się zastanowić, czy da radę sprzedać zarekwirowaną paczkę pieluchomajtek. wiadomo bowiem z góry było przecież, że ani z tej pani niczego nie ściągną, ani nie ma szans na jakiekolwiek ustalenia dotyczące ugody, ani w zasadzie nie ma to większego sensu bo nawet wyrok sądowy i nakaz komorniczy można sobie powiesić co najwyżej w ramkach na ścianie – bo starsza pani, realnie patrząc, prędzej zejdzie z tego świata, niż zacznie zarabiać pieniądze żeby móc je komukolwiek oddać. nie odda, to jest pewnik – i to jest pewnik, o któym bankowcy doskonale wiedzieli. tylko mieli to w dupie, bo to już nie ich problem – to problem windykacji.

taki dowcip mi się przypomina, ładnie obrazujący tą właśnie metodę “motywowania pracownika”:
przychodzi gość do baru, zamawia drinka, wypija.
– ile płacę?
– nic, spoko, na koszt firmy.
zdziwiony, ale ok, zamawia kolejnego i pyta, ile płaci. znów nic, na koszt firmy, luz.
przy następnym – to samo.
no to w końcu zdziwiony pyta barmana o co w zasadzie chodzi…? na co barman wprost:
– widzisz pan tego gościa przy stoliku w rogu, z tą fajną laską?
– no widzę.
– no więc to jest właściciel tego baru i moja żona. on pierdoli moją żonę – ja pierdolę jego interes.

i dokładnie to samo robią bankowcy: pierdolą interes banku, byle wyrobić sobie swoje normy i dostać swoją kasę. a co sobie bank potem zrobi, to kij ich interesuje.

prawdziwym problemem jest natomiast nierównowaga sił

ok, starszej pani z alzheimerem w zasadzie mogą naskoczyć tak naprawdę. są jednak ludzie, którzy zostali wmanewrowani w ten cykl pożyczek i kredytów w sposób równie bezczelny, a potem obudzili się twarzą do ziemi z wykręconymi z tyłu rękami. mówię tu o osobach, którym na zaraz, hurtowo, bez najmniejszego problemu, dawano pożyczki, kredyty, karty kredytowe, debety i innego rodzaju szmal ‘do oddania’ – dopóki widać było, że sensownie zarabiają, a wpływy na konto są powiedzmy obiecujące i dla banku opłacalne jest dobranie się do tych wpływów. tyle, że wypadki chodzą po ludziach, a nie zawsze jest to choroba terminalna czy choćby właśnie alzheimer czy cokolwiek definitywnie wyłączającego z życia. może to być tak jak w moim przypadku – “zwykła” depresja, przy której człowiek niby funkcjonuje, ale za słabo, żeby te wpływy na konto utrzymać. po jakimś czasie, paru czy parunastu miesięcy, wraca się do życia – i zaczynają się schody.

teoria jest taka, że z bankami, windykatorami i resztą ściągających zaległy szmal, można negocjować. zapewniam, jest to czystej wody teoria, w żaden sposób nie mająca się do rzeczywistości. przynajmniej jeśli negocjujący chce być uczciwy – bo jak ma uczciwość tam, gdzie banki jego problemy zdrowotne, to może po prostu zlać temat i w zasadzie mogą mu naskoczyć.

ale załóżmy, że człowiek jest tak durny… znaczy się uczciwy, jak powiedzmy ja

negocjacje wyglądają mniej więcej tak:

  • z bankami: ‘wypowiadamy umowę, przekazujemy do windykacji, mamy generalnie w D4’.
  • z windykacją: ‘spłać natychmiast całość. że nie masz pełnej kwoty? spoko, możesz w ratach, a my ci będziemy doliczać odsetki, dzięki czemu będziesz płacić następne parę lat zamiast parę miesięcy.’ && ‘ależ nie, nie masz co proponować, raty sobie my ustalimy, wali nas centralnie czy w ogóle takimi kwotami będziesz dysponować. jak nie, to do komornika i z bani, twój problem nie nasz.’
  • z komornikiem: ‘masz spłacić całość plus koszty’ + ‘każde konto jakie masz, momentalnie blokujemy && masz robić przelewy na nasze konto’. jak robić przelewy z zablokowanego konta, nie zostało wyjaśnione, ale zakładam, że se sami przelewają i tyle. drobny problem: nie za bardzo jest jak zarabiać, bo jednak jakąś pajdę chleba trza by czasem kupić, a i rachunek za telefon czy neta opłacić żeby mieć narzędzia do zarabiania. można sobie najwyżej ustalić, w jakich ratach przyniesie się szmal w zębach – ale blokady konta to nie usuwa, więc problem kupna papu pozostaje.

najbardziej prawdopodobnym efektem negocjacji jest więc generalnie zmuszenie delikwenta do zarabiania na czarno jako alternatywa do zdechnięcia z głodu. i tu już niezależnie od wrodzonej uczciwości, jak ktoś tego szmalu po prostu nie ma (a jak się chorowało parę-paręnaście miesięcy, to niby skąd kurwa go mieć) – każdy posiadający szczątkowy instynkt samozachowawczy czowiek wybierze jednak szarą strefę albo od razu czarny rynek.

oznacza to moim zdaniem, że w zasadzie banki działają na niekorzyść… banków

nie, żeby mi to jakoś szczególnie przeszkadzało, bo prawdę mówiąc prywatnie mam to w nosie. chcą koniecznie kasę tracić, to niech tracą. zaskakuje mnie jednak sposób, w jaki te banki u nas działają – bo wygląda to mniej więcej tak:

  • najpierw dorwać dowolnego frajera i wcisnąć mu zadłużenie się w banku, mniejsza o to jakie;
  • podpisać z nim umowę z góry wiedząc, że się tego szmalu ponownie nie zobaczy, o ile nie stanie się jakiś cud;
  • zrzucić problem nieściągalności zadłużenia na windykację, na początek własną, która za friko przecież nie pracuje więc tworzy się kolejny koszt;
  • sprzedać zadłużenie za ułamek jego wartości, definitywnie tracąc część szmalu oddanego klietnowi…
  • …albo pociągnąć sprawę dalej, sądownie i u komornika, co z kolei generuje kolejne koszty. teoretycznie ma je spłacić dłużnik, no ale jak nie spłaca ogólnie, to tu przecież też nie spłaci;
  • w międzyczasie generować kolejne koszty produkując wezwania, dzwoniąc do klienta i utrzymując sztab ludzi, którzy tym się zajmują.

mimo, że dla tych uczciwych (bo z nieuczciwymi to się i tak nic nie zrobi) wystarczyłoby proste:

  • wisisz nam realnie tyle i tyle, z odsetkami za opóźnienie. w jakich realnych ratach możesz to spłacać?
  • no, miałem ratę po 500 zł przez X miesięcy, ale szlag mi pracę trafił, realnie mogę spłacać po 250 zł przez Xx2 miesięcy.
  • no to tu masz numer konta, ale odsetki lecą większe więc jak będziesz mógł płacić więcej to daj znać, przeliczymy ponownie.
  • ok, dzięki, pierwszą ratę wpłacę jak poprzednio do 20. dnia miesiąca

ale nie. wygląda to bardziej tak:

  • wisisz nam realnie tyle i tyle, jedna windykacja doliczyła sobie kilka stów, druga następne kilka. ci skierowali już sprawę do sądu, więc dochodzi parę stów kosztów postępowania. komornik doliczył sobie kolejne parę stów. w efekcie teraz wisisz nam to, co powinieneś oddać x2, a codziennie dochodzi x% odsetek i parę razy na miesiąc informujemy cię o tym monitem za parę dych.
  • e… a jakbym oddał w ciągu paru miesięcy po prostu to, co wam wiszę, z odsetkami?
  • jasne. oddawaj nam po 600 zł miesięcznie
  • ale tyle nie mam, mogę na razie po 300 zł miesięcznie, a jak mi się poprawi sytuacja to możemy tą kwotę podnieść…
  • a to my w dupie to mamy, z komornikiem się użeraj.

co więcej, całkiem niedawno odbyłam sobie dyskusję z pewną firmą windykacyjną, która twierdzi, że około dekady temu jechałam bez biletu w mieście, w którym mnie nawet nie było, za co mam im oddać dużo szmalu. konkretnie, to zadzwoniłam bezpośrednio do ichnej prawniczki i mówię:

  • ale ma pani świadomość, że jak sprawa faktycznie trafi do sądu, to ja po prostu podniosę zarzut przedawnienia i tylko stracicie kasę?
  • oczywiście, jest to w tej sytuacji najsensowniejsze wyjście.
  • i nie przeszkadza to pani wnosić jednak sprawę do sądu?
  • cóż, nasz klient wyraźnie sobie tego zażyczył, a ponieważ płacą nam za to i pokrywają koszty, to działam zgodnie z tym, czego sobie życzą.

powiem wam, że gdybym nie zbaraniała kompletnie, to chyba zaczęłabym się po prostu śmiać. ale podziękowałam i powiedziałam że wobec tego czekam na papier z sądu, życzyłyśmy sobie miłego dnia i na tym się rozmowa zakończyła…

btw – kojarzycie taką ładną reklamę pewnej firmy windykacyjnej, mówiącej, że lepiej jest się z nimi dogadać bo idą klientowi na rękę? no to powyższy schemat jest dokładnie tym właśnie schematem, według którego “idą klientowi na rękę”. chociaż bardziej prawdziwe byłoby stwierdzenie, że najeżdżają klientowi na rękę walcem – a potem przyspieszają.

znam jeszcze tylko jedną “dziedzinę”, która tak działa

nazywa się ona “polityka” i operuje tymi samymi schematami: ‘my chcemy twój szmal’; ‘sami sobie naliczyliśmy ile masz nam dać i nie powiem skąd nam się ta kwota wzięła, ale jest jak widzisz duża’; ‘negocjacje? buahahahehehuhihi’; ‘nie masz? a chuj nas to, będziemy doliczać więcej. i nadal chuj nas to, że nie masz’; ‘że niby co, metoda ci się nie podoba? a weź nam naskocz.’ i co ciekawe, ta właśnie polityka ewidentnie stara się iść na rękę właśnie bankowości, zwłaszcza jak bankowość staje contra przeciętny kowalski. zbieg okoliczności…? nie wierzę w zbieg okoliczności, sorry.

a co dalej ze starszą panią?

tak normalnie, to by jej zawracali gitarę dopóki albo by nie wymiękła i nie zaczęła oddawać im nie pożyczonej przez siebie kasy zamiast kupować sobie leki, albo dostała ciężkiej nerwicy i zawału. tu mają pecha, babcia ma alzheimera, więc pewnie godzinę po tym, jak kolejny pacan zacznie jej tyłek truć, zapomni o nim totalnie i kolejny będzie wyjaśniał od początku o co mu chodzi. i tak przez następne parę lat, po których komornik dowie się, że z majątku starowinki została trumna i nagrobek. a co najlepsze, nikt się tym specjalnie nie przejmie. całkiem, jakby banki miały totalnie gdzieś to, że de facto rozdają kasę.

czy to nie jest jednak lekka… eee… ciężka paranoja?

notabene: z każdą z pozostałych firm w sytuacjach, kiedy akurat miałam przejściowy dół finansowy, spokojnie mogłam się dogadać. oni dostawali swoje pieniądze plus jakiś tam niewielki bonus, ja spłacałam grzecznie zgodnie z umową, umowę odnawialiśmy albo kontynuowaliśmy – i wszyscy byli zadowoleni. oni, bo mieli swój szmal i nie generowali sobie zbędnych kosztów, ja, bo mogłam dalej korzystać z usług i spłacić sobie równolegle zadłużenie żeby sumienie mieć czyste.

nie działa wyłącznie z bankami. interesujące, prawda?

PS. aby oddać sprawiedliwość: dużo zależy od ludzi. w pewnym banku, z którym teraz mam problem, udało mi się trafić na naprawdę cudowną kobietę z działu windykacji, faktycznie chcącą pomóc mi w rozwiązaniu problemu i skłonną do negocjacji. autentycznie ją polubiłam. szkoda tylko, że – znając banki (w końcu chwilę z pewnym współpracowałam, znajomych w innych mam, wiem jak to działa) – prawdopodobnie przy takim podejściu, zbyt długo miejsca nie zagrzeje. tam są w cenie zimne skurwysyny głównie, niestety…