30 sierpnia 2014

szanowne ministerstwo zdrowia – czy was pochrzaniło?

możecie to nazwać ładnie „listem otwartym”, możecie też bardziej dosłownie „opierdolem”. whatever. po raz kolejny nadziałam się w necie na informację, jak to stomatolodzy i spece z ministerstwa narzekają, że ludzie w PL mają fatalny stan uzębienia i generalnie najwyraźniej mają go w dupie a nie w ustach. pozwolę więc sobie coś wam uświadomić, bando półgłówków: polacy bardzo chętnie mieliby zdrowe, estetyczne, białe, kompletne zęby. tylko, że dzięki rozpierdoleniu przez was stomatologii ‚państwowej’ – nie mają na to większych szans, bo na prywatną z kolei to mało kogo w tej chwili stać. a tu będzie moja prywata na temat tej prywaty – i ministerstwa.

tekst ten powstaje, przyznaję bez bicia, z powodu mojego naprawdę porządnego wkurwienia. wkurwienia spowodowanego faktem, że za cholerę nie stać mnie już na to, żeby w pełni odtworzyć sobie stan uzębienia. i mogę sobie dowolnie te kły czyścić, stosować nitki dentystyczne, irygację, płyny do płukania, szczotki elektryczne, ręczne, o różnym stopniu twardości – bez znaczenia. od czasu, kiedy w podstawówce zafundowali nam fluoryzację zębów, stałych już przecież, z częstotliwością raz na miesiąc – moje zęby się zwyczajnie sypią. są tak słabe, że potrafię sobie takowego złamać jedząc świeżą bułkę, o dowolnych twardszych pokarmach nawet nie wspominając.

bo wyobraźcie sobie, szanowne ministerstwo zdrowia, że nie wszystkie problemy z uzębieniem biorą się z olewania higieny, wybijania sobie zębów po pijaku czy innych zdarzeń zależnych mniej lub bardziej od posiadacza uzębienia. czasami wystarczy genetyka, czasem jakieś dodatkowe problemy – i lądujemy na lodzie.

serio, na lodzie. w rozkroku. z uszkodzoną kością ogonową.

do 27. roku życia u stomatologa – prywatnego, a jakże, państwowi chcieli mi po prostu czyścić i wsadzać amalgamat – bywałam średnio raz w miesiącu. tu się coś ukruszyło, tu wypadła plomba wsadzona rok temu, tutaj coś zaczęło boleć i do wyrwania (straciłam tak trzy zęby), tutaj z przodu musiałam odbudowywać na śrubie żeby w ogóle móc pysk otworzyć i nie prezentować braku drugiego zęba, bądź co bądź świetnie widocznego (ten mnie kosztował 1.400zł). ciągle coś, ale jakoś mi się udawało ogarniać.

potem zaszłam w ciążę. ministerstwo jest tak miłe, że baby w ciąży mają rozszerzone leczenie o parę dodatkowych spraw, które normalnie nie wchodzą w zakres świadczeń. tylko co z tego u licha, skoro dziąsła są spuchnięte, człowiek rzyga jak kot (przy okazji kwasami rozpuszczając to, co już zrobione), a każde dotknięcie zęba w okolicy dziąsła powoduje krwotok jak z zarzynanej świni – i żaden stomatolog nie jest w stanie w tych warunkach niczego sensownego odbudować?

ale ok, wtedy sypnęło mi się kilka zębów głównie trzonowych, więc to jeszcze nie tragedia. tragedia zaczęła się w drugiej ciąży: sterydy, także wziewne, tona leków utrzymujących ciążę, codzienne spore dawki heparyny, plus oczywiście standardowy zestaw: rzyganie, obrzmiałe dziąsła, krwotoki. znów zupełnie nic się z tym fantem zrobić w trakcie ciąży ani zaraz po niej (bo w czasie połogu też niby można. ciekawi mnie tylko jak u licha niby te zęby wtedy naprawiać…).

efekt aktualny jest taki, że w zasadzie większość trzonowych jest do usunięcia, bo jak się na tych korzeniach, które dostały po dupie sterydami i heparyną jeszcze jakaś plomba utrzyma, to każdy stomatolog świata będzie szczerze zdziwiony. z przednich 1-5 (po obu stronach w szczęce) uda się uratować minimum 3., a prawdopodobnie 5. – ale wyłącznie prywatnie, bo NFZ zaproponował, że za free to może mi je wyrwać, żaden problem (dla nich przynajmniej), natomiast na leczenie kanałowe zębów mających 2-3 kanały w ogóle nie zostały punkty przewidziane. tyle dobrze, że dół się ładnie na razie trzyma i nie wymaga interwencji – też na odcinku 1-4 i 1-5 po obu stronach. resztę, niestety, będzie trzeba uzupełnić żeby mieć jednak w miarę komplet i móc swobodnie jeść.

tutaj NFZ ma również propozycję, która mnie powaliła.

rozmawiałam z kliniką zakładającą implanty i mosty na implantach, co jest rozwiązaniem najmniej upierdliwym w takich przypadkach. żeby jednak w ogóle o tym myśleć, muszę pousuwać to, co się już do odbudowy nie nadaje. czyli większość trzonowych. to z kolei oznacza, że potrzebne będzie parę tygodni na wygojenie, plus ponoszenie tymczasowych protez w celu zapobiegania wykrzywieniu się zgryzu (brak oparcia na trzonowych = zmiana układu szczęki i żuchwy względem siebie). ponieważ zaś ma to być jedynie na pewien krótki czas, a na dodatek wisieć spokojnie z tyłu i nie być widoczne, pomyślałam sobie o NFZ. teoretycznie takie rzeczy finansuje, nie?

owszem, finansuje.

czas oczekiwania na taką protezkę to obecnie od 6. do ponad 12. miesięcy. czyli generalnie dłużej, niż potrzebuję je nosić – i o ładne parę miesięcy później, niż będą mi potrzebne. znów więc pozostaje jedynie opcja prywatna, w której owszem, w tydzień się takową zrobi, z lepszych materiałów, bardziej estetyczną, za to w cholerę drogą (ok. 600-800zł od punktu). ale alternatywy w tym kraju nie ma. znaczy owszem, jest: poczekać ten rok i dostać protezę, która po roku wykrzywiania się zgryzu najprawdopodobniej pasować i tak już nie będzie, więc nieszczególnie widzę sens się w to w ogóle bawić.

podsumowując…

  • zdaniem ministerstwa zdrowia i nfz, przeciętnemu polakowi wystarczy w zupełności posiadanie 12. zębów.
  • prawdziwe leczenie, tzn. kanałówka plus odbudowa zęba, „należy się” dla zębów górnych i dolnych od 1. do 3. i to na tyle.
  • przy czym odbudowa też jedynie na zębie, nie ma możliwości zrobienia tego ani na sztyfcie, ani na śrubie w sytuacji, kiedy z korony zęba niewiele zostało; w takim przypadku jedyne co można, to sobie wyrwać.
  • resztę zębów natomiast można oszlifować (o ile jest co szlifować) i zatkać amalgamatem bądź ostatnio plombą chemoutwardzalną (chociaż tutaj stomatolodzy mają spore wątpliwości często, czy nfz im to rozliczy).
  • alternatywnie, można sobie całą resztę wyrwać w cholerę i poczekać parę-paręnaście miesięcy na sztuczną szczękę wykonaną z najgorszych istniejących materiałów, powodującą po paru latach cofanie się kości.

jest jeszcze jeden dowcip: jeśli straci się 1. czy 2. zęby, nawet przednie, w ogóle nie ma możliwości uzupełnienia takiego ubytku. należy sobie wyrwać dodatkowe 3. zęby w tym samym łuku, bo dopiero od 5. ubytków jakakolwiek proteza z nfz się należy.

ministerstwo zdrowia robi sobie z nas normalnie jaja.

podliczając średnie koszty leczenia tego, co mi się – przypominam, z powodu cholernej fluoryzacji w szkole, zarządzonej odgórnie – pierdzieli regularnie od 20. z hakiem lat, myślę, że zdążyłabym sobie spokojnie kupić samochód. w salonie, nówka sztuka. a możliwe, że jeszcze wymienić na kolejny, też z salonu. albo może jakiś niewielki domek postawić, nie wiem. chyba wolę dokładnie nie sprawdzać, bo są to kwoty zupełnie kretyńskie.

tak więc Szanowne Ministerstwo Zdrowia:

  • przestańcie z łaski swojej pierdolić, że polacy nie dbają o stan uzębienia.
  • przestańcie do cholery jasnej opowiadać bzdury o państwowej opiece stomatologicznej, z której nie korzystają. nie istnieje państwowa opieka stomatologiczna, tam sobie można naprawić co najwyżej niewielkie ubytki w zdrowym zębie, a całą resztę wyrwać. i to wszystko, co oferujecie swoim pacjentom dentystycznym.
  • nie pieprzcie więcej o uzupełnianiu uzębienia. w pewnej części w ogóle żadnych uzupełnień nie przewidujecie – w pozostałej te uzupełnienia są takiej jakości jak mniej więcej płukane piąty raz mięso z hipermarketu i wystawiane ponownie do sprzedaży. na dodatek czeka się na nie kilkanaście miesięcy, podczas których zgryz się zdąży spierdzielić, więc reszta zdrowych dotychczas zębów albo się zacznie kruszyć i łamać, albo wykrzywi się całkowicie reszta zgryzu, albo pozostałe zęby zwyczajnie się ‚rozjadą’ po wolnych miejscach w szczęce i żuchwie, tworząc spore odstępy, których już uzupełnić nie ma jak. przynajmniej wy tego nie przewidujecie.
  • a przede wszystkim, przestańcie u licha ciężkiego prowadzić te pieprzone badania, z których wychodzi wam fatalny stan uzębienia polaków. inny wam nie wyjdzie, możecie być tego pewni, skoro wizyta u stomatologa kosztuje połowę przeciętnej pensji, poważniejsza nawet parę pensji, a na sensowne uzupełnienie ubytków to trzeba całkiem solidny kredyt wziąć, taki na kilka do nawet 20-kilku tysięcy w zależności od tego, jak bardzo uparcie „leczyło” się wcześniej waszymi metodami.

wyniki tych badań są oczywiste – natomiast wasze uwagi do nich są zwyczajnie wkurwiające dla przeciętnego pacjenta.