22 grudnia 2013

jak Bratkowska zepsuła święta katoprawicy

przez internet przelewa się fala krytyki Katarzyny Bratkowskiej, która rzuciła w rozmowie w „tak czy nie” tekstem, że w wigilię zamierza sobie usunąć ciążę. co ciekawe, tym razem udało jej się zrobić taki cyrk, że krytyka leci z każdej strony. jedni zarzucają jej rzecz jasna chęć popełnienia mordu z premedytacją. inni skupiają się po prostu na tym, że oświadczenie jest z deka niesmaczne i nie na miejscu. i tak się wszyscy zafiksowali, że chyba właściwie nie czytają, co ona powiedziała. znaczy, poza tą wigilią aborcyjną.

powiem szczerze na początek, że kwestią zarodka przewidzianego na wigilię, to ja się akurat nie przejmuję. i to nawet nie dlatego, że ogólnie się nie przejmuję – tym konkretnym nie zamierzam się przejmować, bo jestem raczej dość pewna, że żadnego zarodka nie ma. pomijam już kwestię, skąd by się ten zarodek miał wziąć – ale dla mnie cała ta wypowiedź wskazuje, że chodziło raczej o uświadomienie rozmówcy pewnej istotnej sprawy, o której zresztą też już kiedyś pisałam:

Czy jeśli powiem, że chcę usunąć ciążę, to ktoś będzie w stanie mnie skontrolować, czy nie? Czy ten zakaz jest picem na wodę, który polega na tym, że my będziemy swoje gadać i wam szkodzić? […] Tu chodzi tak naprawdę o ciążę polityczną. To, czy ja jestem w ciąży czy nie jestem, czy ją przerwę czy nie przerwę, to niech pozostanie w sferze domysłów. Ale chodzi o to, że ten zakaz nie działa. Że kobieta, która będzie chciała przerwać ciążę zrobi to. To musi być dla tych panów bardzo frustrujące, że tak naprawdę tego nie skontrolują.

no właśnie. i to jest meritum, a nie tam aborcja w wigilię. dziewczyna mówi tutaj bardzo istotną rzecz: można sobie robić pierdyliard zakazów aborcji, ale wszędzie, gdzie te zakazy są, aborcji i tak się dokonuje. ten zakaz jest po prostu niemożliwy do egzekwowania, co bardzo ładnie pokazuje właśnie „oświadczenie” Bratkowskiej. rzuciła sobie w TV tekstem, że za parę dni usunie ciążę. i co? ano nic. katoprawica zaczęła tradycyjnie histeryzować, Fronda równie tradycyjnie ostentacyjnie się modli, duchowny przedstawiający się jako Ojciec Grzegorz zaproponował nawet, że dzieciaka adoptuje – ale tak w praktyce, jak wyraźnie widać, kompletnie nic z tym zrobić nie mogą. ot, mogą sobie pogadać.

żeby w jakikolwiek sposób móc egzekwować zakaz aborcji, trzeba by było realnie wprowadzić bardzo solidny sposób kontrolowania – dosłownie – stanu macic polek. i tu nie wystarczy nawet zmusić lekarzy, żeby podawali listy tych, co to w ciążę zaszły, a potem jakoś na wizyty nie chodziły. nic to nie da, kobieta sprawdzić, czy jest w ciąży, to sobie może spokojnie w domu. i co, wymusić z kolei na aptekarzach, żeby spisywali dane osobowe kobiet kupujących testy ciążowe? też na nic, nie wiadomo jaki wyszedł wynik. i mamy problem.

a w zasadzie, problem ma katoprawica.

ich problem w tym momencie polega na tym, że nawet, jeśli mogą zabronić aborcji, to nijak nie są w stanie nic zrobić, żeby te durne baby zaczęły się do tego zakazu stosować. jak nie chcą i mają wystarczająco dużo kasy, to katoprawica ze swoimi zakazami może im nagwizdać. i to im stoi kością w gardle – i na to właśnie chciała zwrócić uwagę Bratkowska:

Czy jeśli powiem, że chcę usunąć ciążę, to ktoś będzie w stanie mnie skontrolować, czy nie? Czy ten zakaz jest picem na wodę, który polega na tym, że my będziemy swoje gadać i wam szkodzić? W ten sposób spowodujemy, że aborcje będą gorszej jakość i będą stanowić zagrożenie dla naszego zdrowia i być może życia. Nie chodzi o zmniejszenie liczby aborcji, to można osiągnąć w bardzo prosty sposób, i nie antykobiecy.

no właśnie. co tu jest w zasadzie celem?

  • zmniejszenie liczby aborcji i sprawienie, żeby kobiety chciały i nie bały się urodzić dziecka, nawet jeśli akurat go nie planowały?
  • czy może po prostu złapanie za mordę połowy społeczeństwa i zmuszenie do robienia tego, co się katoprawicy wydaje słuszne?

gdyby celem było to pierwsze, to Bratkowska ma rację: to się da załatwić bez zamordyzmu. dość często czyta się statystyki mówiące, że te same dziewczyny, które u nas ani myślą się rozmnażać, wyjeżdżają do Anglii – i nagle nie mają nic przeciwko dwójce czy trójce dzieci. tak im się nagle myślenie zmienia? ano nie – po prostu trafiają w warunki, w których nie muszą się bać społecznych i finansowych konsekwencji 9-miesięcznej ciąży i potem kilkuletniego wychowywania dziecka.

w naszym kraju sytuacja jest po prostu do bani. jeśli dziewczyna pracuje na zlecenie, mieszkając ze swoim świeżo poślubionym mężem, też pracującym na zlecenie, w wynajętym mieszkaniu, to ma tą cholerną świadomość, że jak sobie w ciążę zajdzie, to zostaną oboje na lodzie. dochód zmniejszy im się nagle o połowę, a wydatki wcale nie spadną. przeciwnie, wydatki też wzrosną – nawet przy takiej sobie normalnej, fizjologicznej ciąży. a niech się jeszcze trafi ciąża zagrożona… taka akurat doskonale wiem, ile kosztuje. nas akurat było stać na to, żeby, kiedy pojawiła się taka potrzeba, wsiąść w samochód i przejechać kilkaset kilometrów do profesora, który specjalizuje się w tego typu problemach. tej większości, od zleceń i wynajętej chaty, nie stać na takie ekscesy. a to też musi być parszywe uczucie: wiedzieć, że nie zrobi się dla swojego dziecka wszystkiego, co możliwe, bo po prostu nie ma się na to cholernej kasy.

a jak już się dziecię urodzi, to schemat jest zwykle taki: facet zasuwa całymi dniami, żeby móc utrzymać rodzinę. kobieta zostaje udupiona w domu, bo na opiekunkę nie zarobią nawet pracując oboje po 20h na dobę. żłobki czy przedszkola to nadal u nas temat zlewany, kolejki są takie, że podobno (tak mi opowiadały koleżanki) niektórzy na listy to się zapisują jeszcze w czasie ciąży, na zapas. w efekcie młoda mama wypada z rynku pracy i zostaje przymusowo na utrzymaniu męża – a ten mąż nie ma właściwie kiedy pobyć z własną rodziną, bo musi zarobić na to, żeby mu ta rodzina z głodu nie padła. cudowna perspektywa, nie ma co.

nie, ani trochę się nie dziwię, że ciąża bywa odbierana jako tragedia.

ale katoprawica nie zastanawia się nad przyczynami. to z jakiegoś powodu leży poza ich zainteresowaniem. katoprawica interesuje się tylko tym, czy udało się złapać za mordę i zabronić usunięcia ciąży. i dlatego właśnie Bratkowskiej świetnie udało się spieprzyć im dokumentnie święta – bo ma rację, nie mogą jej zrobić kompletnie nic. mogą się ostentacyjnie pomodlić, pokazując w mediach jak to oni zarodka bronią. mogą sobie poskładać deklaracje, jak o. Grzegorz. mogą potupać nóżką, mogą się powkurwiać, mogą pokombinować jak zaostrzyć przepisy, żeby przynajmniej innym dopierdolić. ale Bratkowskiej, gdyby rzeczywiścia była w ciąży i zamierzała ją we wtorek usunąć, mogą naskoczyć.

i to faktycznie będzie dla nich nie do zniesienia.

dlatego też mi się prywatnie to zagranie podoba. tak, jest świńskie, chamskie, nie na miejscu, whatever. podoba mi się, bo przez te parę dni katoprawica będzie się czuć dokładnie to, co czuje wiele kobiet w tym kraju: bezsilność. totalną bezsilność spowodowaną tym, że dzieje się coś dla nich okropnego, a totalnie nic się z tym zrobić nie da. też jestem wredna – uważam, że odczucie tego w końcu na własnej skórze, będzie dla nich naprawdę świetną lekcją poglądową. i nie, nie łudzę się, że ta lekcja do nich dotrze – ale przynajmniej ją przerobią.