Posted by Kira on Grudzień 7th, 2012

pierwszą rzeczą, którą pomyślałam kiedy dowiedziałam się, że Szkodnik ma jajka, było – “ufff…! ominęło nas różowe!”. i nie dlatego, żebym miała choć przelotny zamiar kupować różowe kucyki. ja – nie. ale inni – mur beton, na 100%, takie właśnie by przynosili. mimo tego, problem podziału na zabawki dla dziewczynek i dla chłopców uważam za przereklamowany.

nie pamiętam szczerze mówiąc jak to było te ćwierć wieku temu, ale mnie ominął jakoś zwyczaj dzielenia zabawek na “dziewczyńskie” i “chłopakowe”. bawiliśmy się wszyscy hurtem i prawdę mówiąc, różne takie “w dom” nie były szczególnie popularne, bo wymagały siedzenia w jednym miejscu. mało komu się chciało. chyba byliśmy po prostu zbyt zajęci, żeby się zastanawiać nad takimi pierdołami jak to, czy dana zabawa jest dla dziewczyn, czy dla chłopaków. ale też – nieszczególnie mieliśmy zabawki, które z góry narzucały sposób zabawy.

i może o to się wszystko rozbija, a nie tam o żadne podziały płciowe zabawek?

mam nieodparte wrażenie, że dzisiejsze – gotowe, perfekcyjne, przetestowane pod kątem bezpieczeństwa zabawki – najnormalniej w świecie psują całą zabawę. bo co to za frajda bujać się godzinę na huśtawce, która ma wajhę zabezpieczającą dziecia przed upadkiem i przy okazji krępującą ruchy? ale wygrzebać skądś starą oponę i mocny sznurek, przytachać to pod wybraną wcześniej solidną, wystającą gałąź, nauczyć się od rodziców jak zawiązać porządny i mocny węzeł, poskładać to w huśtawkę, a potem uczyć się tak balansować ciałem, żeby się huśtać a jednocześnie nie spierniczyć na ziemię – to było zajęcie na cały dzień.

teraz dzieciak dostaje do ręki gotowe coś, służące do robienia konkretnej rzeczy – i na tyle. zero pola do wyobraźni, zero miejsca na wykombinowanie jak i z czego zrobić potrzebne rzeczy, zero frajdy z używania tego, co samemu się parę godzin “produkowało”. i zero nauki jak to “wyprodukować”. a potem się dziwimy, że dzieciaki nie mają zainteresowań, nie wiedzą w czym są dobre, nie chce im się nic samodzielnie zrobić, we wszystkim potrzebują – i oczekują – pomocy. albo wręcz zrobienia za nie.

problem pt. “płeć zabawek” uważam na tym tle za mało istotny.

wcale nie wiem, czy zamiast kupować cokolwiek, nie lepiej byłoby dać dzieciakom karton, kawał sznurka, nożyczki, farbki, i zrobić konkurs “kto wymyśli co ciekawego można z tego zrobić”. raz, że dziecie będą zajęte na dłużej. dwa, że muszą pomyśleć – to boli tylko dorosłych, dzieci mają cudowną wyobraźnię. trzy, że nie rzuca się zaraz w kąt czegoś, nad czym się napracowało i z czego jest się dumnym. z czego można być dumnym, dostając kolejną plastikową, gotową, perfekcyjną zabawkę?

Piotr Budny Lubisz ten wpis

4 Responses to “dla chłopczyka – dla dziewczynki”

  1. foch, a ja znowu nie wiem o co kaman :/ ale co do zabawek masz rację – karton i jechane. Niestety zmartwię cię co do szanowania własnoręcznie sklepcionych zabawek – umierają śmiercią naturalną z zabawienia … no-chyba że ja schowasz, ale co to wtedy za zabawa ;)

  2. Nnnnoo, no :) Congratulations ;)

  3. Kira

    ale tam – z zabawienia to niech własnoręczne zabawki sobie umierają, od tego są :))

Leave a Reply

You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>