1 października 2012

stagnacja = śmierć. tylko nadal się snujesz jak zombie.

po pewnym, dość długim przyznaję, zastanowieniu – doszłam do wniosku, że jednym z głównych powodów, dla których uparłam się na dokończenie tej medycyny, jest ucieczka przed stagnacją. nie taką, że nic ciekawego czy ekscytującego się na razie nie dzieje, bo taką nawet czasami lubię. stagnacją w znaczeniu – jestem w jakimś punkcie życia i tak już sobie zostanie na stałe. taka opcja wzbudza we mnie szczerą niechęć.

kupujesz mieszkanie na kredyt albo bierzesz go na remont czy budowę, zarabiasz na jego spłatę więc pilnujesz pracy jak ludy pierwotne ognia, pojawiają się dzieci, życie ‚po pracy’ (o ile jest) skupia się więc na nich, weekendy służą głównie jako możliwość posadzenia w końcu dupy w jednym miejscu i odpoczywania od tygodnia, który minął, żeby mieć siłę na tydzień, który zaraz się zacznie. czy taki był plan? nie. to się po prostu dzieje. zasady zostały ustalone, kropka. można się rozwijać zawodowo, można rozwijać swoje zainteresowania, zadbać o rozwój swoich dzieci – ale nic rewolucyjnego już się raczej nie wydarzy.

może to jest właśnie ten kryzys wieku średniego? nagłe zaskoczenie, że w zasadzie co się miało osiągnąć, to się już osiągnęło, a ciąg dalszy to już głównie praca, niewielkie zmiany typu awans, remont mieszkania i coraz starszy PESEL?

nie wiem prawdę mówiąc, ale cholernie nie mam ochoty któregoś dnia w czymś takim się obudzić.

medycyna nie jest spektakularna. daje jednak rozwijające zajęcie na co najmniej następną dekadę. i to jest jej zdecydowana zaleta – bo owszem, można sobie studiować ciągle coś innego, tylko komu się chce tak dla samego studiowania… a tutaj wiedzy jest taka masa, że życia nie starcza na jej przyswojenie. i co chwilę pojawia się coś nowego, ważnego, korzystnego, interesującego. zajęcie permanentne. cudowna rzecz.

tego właśnie mi potrzeba, żeby nie wylądować przed TV z pustym łbem, po którym pęta się tylko myśl, że dzieciak znów rano rzygał, za lodówką nie sprzątałam od bitego miesiąca, a do końca tygodnia trzeba puścić przelew za prąd. bo znam siebie i wiem, że dokładnie tak wyląduję, jeśli skończą mi się wyzwania.

a siebie w takiej roli jakoś zaakceptować nie potrafię.