25 czerwca 2012

splamiłam się – czyli o zaletach etatu

wpadł mi dzisiaj w oczy dość charakterystyczny dla trendu „etat to zuo” komentarz do artykułu o kobiecie, która prowadzi własny sklep internetowy. komentarz brzmiał: „Nigdy nie splamiła się pracą dla kogoś:-)”. nie pracuję na etacie, to nie dla mnie. ale będę, za kilka lat. bo etat MA swoje zalety. i najwyraźniej warto je przypomnieć.

od pewnego czasu – w sumie, to ze 2 lata już – swoistą modą w sieci stało się zarabianie na własny rachunek. przy czym obejmuje to zarówno swoją firmę, jak i bycie freelancerem czy zarabianie na programach partnerskich, reklamach, blogach i w sumie na czymkolwiek w internecie.

fakt, wpisuję się w ten trend. na takim normalnym etacie wytrzymałam raptem 3. tygodnie, po czym dotarło do mnie, że nie jest to zdecydowanie zabawa dla mnie. w tej chwili zarabiam przez internet i dobrze mi z tym – ale to nie znaczy, że nie doceniam pewnych zalet etatu. jakich?

po 1: stałe wynagrodzenie

owszem, na własny rachunek zarabia się zazwyczaj więcej. zdecydowanie więcej. nigdy jednak właściwie nie wiem, ile to będzie w danym miesiącu. jakiekolwiek planowanie bardziej kosztownych wydatków jest bardziej problematyczne, niż gdybym po prostu wiedziała, że 20-go wpłynie mi na konto oreślona, ta sama co miesiąc, kwota.

po 2: godziny pracy

zarabiając sobie zdalnie, nie mam czegoś takiego jak „godziny pracy”. pracuję wtedy, kiedy muszę. a zazwyczaj także wtedy, kiedy nie muszę – ale akurat dostałam dodatkowe zlecenie, a kasa zawsze się przyda. praca od-do, nawet, jeśli jest to 9h licząc z dojazdami, zostawia większe pole do planowania życia osobistego.

po 3: stosunki z bankami

każdy ma czasami potrzebę wziąć jakąś pożyczkę. w przypadku zarabiania online, stosunki z bankami są zwykle jednostronne – a konkretniej, to banki pieprzą takiego klienta. machasz świstkiem że masz etat za 1.300 PLN i z kredytem nie ma problemu. zarabiasz na różnych zleceniach 10.000 PLN – a bank nie chce z tobą gadać.

po 4: kontakty z ludźmi

jasne, jednych się lubi, innych się nie da zdzierżyć – ale są naokoło. można pogadać, można się pokłócić – ale jest z kim. w wersji „domowej” kontakty zawodowe są w sumie ograniczone do netu, więc pozostaje tylko tak sobie zorganizować czas wolny, żeby się z jakimiś znajomymi spotkać. no i trzeba sobie w ogóle mieć czas wolny.

ale to wszystko bajka – najważniejsze jest po 5: narzędzia

no właśnie. pracując na własny rachunek, czy to będzie działalność gospodarcza, czy zlecenia – dysponujemy ograniczonym budżetem. nawet, jeśli jest całkiem spory, to i tak swoje limity ma.

rzucę przykład ze swojej aktualnej branży: w sierpniu dostanę dyplom ratownika medycznego. jest to coś, co naprawdę uwielbiam robić, więc przynajmniej do czasu studiów chcę w zawodzie popracować. i tu pojawia się problem: jeśli uprę się, że chcę pracować na własny rachunek, to co – mam sobie kupić karetkę z wyposażeniem? zbudować centrum urazowe? nawet podstawowe urządzenia diagnostyczne to jest fortuna, na którą wątpię, czy kiedykolwiek będzie mnie stać. mam więc bardzo prosty wybór:

  • pracować dla kogoś i mieć te wszystkie narzędzia do dyspozycji,
  • albo olać zawód, który mnie autentycznie pasjonuje, i dalej dziubać sobie w necie.

w tej sytuacji praca dla kogoś, tak wyśmiewana ostatnio w sieci, jest jedynym sensownym wyborem. i ma tak wiele osób – ludzie, którzy faktycznie pasjonują się tym, co robią, dzięki etatowi mogą mieć dostęp do nowoczesnych narzędzi pracy, technologii, mogą się dzięki temu uczyć i rozwijać w branży, będącej ich pasją.

i nawet, jeśli pominąć wszystkie poprzednie punkty, to ten jeden wystarczy, żeby przestać rozwodzić się nad tym, że jedyną słuszną opcją jest praca dla siebie. nie jest. w wielu przypadkach praca dla siebie nie zapewni nawet części tego, co ten wyszydzany etat.