Ja tak na chwilę, bo właśnie się... hm, sztachnęłam? Zażułam...? Nie wiem jak to określić, ale zdecydowanie naćpałam nikotyną. Tą w gumie Nicorette. I
mam parę refleksji...
Po pierwsze, jakbym wcześniej wiedziała jakiego to ma kopa, to w życiu nie kupiłabym paczki fajek. Zero dymu, oddycham
normalnie, a karuzela we łbie taka jak po pierwszym w życiu papierosie (tak, pamiętam to do tej pory, masakra to była).
Po drugie, nie mam
pojęcia na jaki chuj ktoś papierosy pali - ta guma w zupełności wystarczy do szczęścia, serio. Jakbym tego pieprzonego nawyku sięgania po fajkę nie
miała, to teraz byłabym pewna że godzinę temu definitywnie rzuciłam papierosy.
Po trzecie, chyba przesadziłam. Za mocne te gumy wzięłam. Miałam
rzucać palenie, a nie zaczynać ćpać. Myślałam że potrzebuję sporo nikotyny, ale wygląda na to, że znacznie mniej, niż mi się
wydawało...
Właśnie dopalam ostatnią posiadaną w domu fajkę. Kochanie zresztą tak samo, jutro mamy sobie oboje po plasterku przykleić ;) W
sumie tak razem to cholerstwo rzucić byłoby chyba najfajniej, jedno nie będzie szczuć drugiego. A konkretnie to mój mężczyzna nie będzie szczuć mnie
:P bo ja i tak rzucić muszę, i tak.
Jeśli rzucę palenie, no to sobie już więcej nie popalę.
Jeśli jednak nie rzucę, to się uduszę,
wykituję, i też już sobie więcej nie popalę.
Tak czy siak więc - nie popalę sobie.
Opcja 1. jest o tyle przyjemniejsza, że sobie jeszcze popiję
i pociupciam :)
W związku z powyższymi, właśnie zgasiłam ostatniego posiadanego papierosa i jutro już nie kupuję. Ciekawa jestem jaki
będzie efekt - ale mam wrażenie, że ta pieprzona astma jest znacznie skuteczniejsza w zniechęcaniu do fajek, niż wszystkie plasterki i gumy do żucia
razem wzięte...