maj 15

zapłać i posłuchaj, jak cię w wała robię

moda na organizowanie szkoleń dotyczących zarabiania w internecie trwa. obejrzałam właśnie kilka, i napadła mnie refleksja jak kac po sylwestrze. wiecie, jak się zarabia…?

„szkolenie”, o którym mowa, to w zasadzie jedynie nagrany filmik z samymi slajdami z prezentacji powerpointa. nie pokazuje się na nim nawet „szkoleniowiec”, słychać tylko czasami jego głos. ale nie to jest najśmieszniejsze.

najśmieszniejsze jest to, że w tym „szkoleniu” facet opowiada o tym, jak:

  • wykorzystując emocje osób z kontaktów, zbudował swoją listę mailingową;
  • sprzedał im następnie poradnik, którego nie zaczął nawet pisać;
  • (poradnik był o czymś, o czym nie ma pojęcia bo zaczyna się tego uczyć);
  • ludziom, którzy dali się już złapać na powyższe, sprzedaje teraz takie właśnie kursy „zarabiania” jak ten dzisiaj przeze mnie oglądany.

bezczelne? jeszcze nie. bardziej bezczelne jest to, że opowiadane w tym „filmie” historie są w necie. i są autorstwa innych ludzi, czasami faktycznie znających się na marketingu. cała powyższa lista ciekawostek jest więc rozwijana na bazie najnormalniejszego plagiatu.

strasznie jestem ciekawa, ile osób daje się tak w wała robić. bo może też powinnam?… ale facet, zaraz po stwierdzeniu, że każdy może szybko zacząć zarabiać, opowiada też (tak dla odmiany), że przy takim robieniu w wała trzeba się napracować. a ja nie po to oglądam kurs szybkiego zarabiania na czymkolwiek,  żeby teraz się uwijać jak mrówka.

więc może skrócimy ten proces: 98 1140 2004 0000 3202 6683 3473

po prostu wpłacajcie i już*, to zaoszczędzimy czas na przekonywanie was i manipulowanie wami w celu skłonienia do wpłacania. jak każdy z codziennie odwiedzających tego bloga wpłaci 2,50PLN – to akurat starczy mi na fryzjera dla wszystkich sześciu psów.

/* – albo i nie, jak tam chcecie, ja nie z tych ;-)

2 comments
maj 13

przeciążenie systemu

nie wiem czy kojarzycie taki okres, gdzieś na początku XXI wieku, kiedy na ponad rok pierdolnęłam internetem i postanowiłam ruszać go tylko w takiej postaci, jaką da się osiągnąć spod konsoli sytemu linux? ci, którzy mnie znają dłużej, pewnie pamiętają.

wtedy impulsem było spieprzenie mi się po prostu kompa. to były jeszcze takie dziwne czasy, że na kolejnego trzeba było chwilę poodkładać kasę. u mnie trwało to około tygodnia, a ja w tym czasie, nie chcąc być całkiem offline, korzystałam z konsoli domowego serwera. a kiedy już sobie złożyłam nowy sprzęt, wyszło mi, że właściwie to wcale nie mam ochoty zmieniać stanu obecnego.

sporo miesięcy później pojawiłam się oczywiście ponownie, bo od początku było pewne, że pojawię się ponownie. ale te kilka miesięcy pozwoliło mi nabrać sporego dystansu do wszystkiego, co jest związane z netem.

i myślę, że nadszedł dobry moment do powtórzenia tego procesu. ostatnio łapię się bowiem na tym, że:

  • siedzę przy kompie znacznie dłużej niż jest to potrzebne. to jeszcze nie problem. ale to, że siedzę przy kompie znacznie dłużej, niż mam ochotę, zastanawiając się co by tu jeszcze porobić – problemem już jest.
  • mam strony, które są stale odpalone w tle. tak, jedną z nich jest facebook. tak, drugą jest g-mail. tak, mam zainstalowane wtyczki, informujące mnie, że ktoś coś ode mnie na tych stronach chce.
  • na fejsie mam w „lubię to” ponad 20 stron, które wrzucają wyłącznie pierdoły typu śmieszne obrazki kopiowane od miesiąca przez wszystkich. właśnie to czyszczę. problem w tym, że ich tam w ogóle nie powinno być.
  • obejrzałam „blogerów”. to jest ten mniejszy problem. gorzej, że omal nie udzieliłam się w komentarzach dotyczących tej szmiry. a to już uważam za swój poważny problem.
  • wklejam na facebooku multum rzeczy, które jeszcze parę miesięcy temu najnormalniej opisałabym na blogu. a teraz mi się nie chce. fejs jest szybszy, łatwiejszy i można wrzucać n-rzeczy na godzinę, bez wysiłku.
  • wczoraj komentowałam wypociny na NaTemat.pl – tego chyba nie muszę rozwijać, a przelało to zdecydowanie czarę rozczarowania moim sposobem udzielania się w sieci.

wniosek jest prosty: coś poszło nie tak – i trzeba to zlokalizować

nie, nie znikam z netu. nie mogę, i to ze względów niejako zewnętrznych – net jest moim źródłem gotówki, wiedzy na tematy zawodowe i dość istotnych kontaktów. ale sposób korzystania z niego kategorycznie czas zmienić…

4 comments
maj 11

mam totalnie wyrąbane na wiek emerytalny

rząd podniósł wiek emerytalny. zadyma pod sejmem. i ludzie marudzący mi w necie – „ale z nich świnie, co my zrobimy”. cóż, wiem co ja zrobię: nadal będę mieć wyjebane.

pisałam ostatnio – dlaczego społeczeństwo nie lubi ZUS-u? – najwyraźniej się jednak pomyliłam. społeczeństwo bardzo lubi ZUS. i chce się z nim wiązać na całe dziesięciolecia licząc, że dostanie od niego kiedyś jakąś kasę. right?

no, bo gdyby społeczeństwo nie lubiło ZUS-u, to też by miało wyrąbane na podniesienie wieku emerytalnego. bo jaką to niby sprawia różnicę komuś, kto ZUS-u nie lubi, unika i emeryturę organizuje sobie sam? żadną, prawda? wobec tego te jęki wskazują jedynie, że spora część społeczeństwa jednak nie robi totalnie nic, żeby sobie jakąś kasę na starość zebrać – i liczy na nasze kochane państwo. które, należy dodać, pokazuje non stop, że ma ich w zasadzie gdzieś.

jak dla mnie, istnieją w tej chwili dwie opcje:

  • można ruszyć głową, a potem ruszyć tyłek, i zacząć realistycznie podchodzić do kwestii własnej starości;
  • można też siedzieć dalej przed kompem, wklejać durne obrazki dotyczące podniesienia wieku emerytalnego i płakać, że rząd każe pracować, licząc jednocześnie, że może jednak coś się z tej emerytury dostanie.

co tam kto woli. mi, jak już wspomniałam, totalnie to wisi.

comment?
maj 04

koko koko euro fchuj, piłka leci prosto w gnój

lubię ludowe przyśpiewki. nie, serio lubię, bez robienia sobie jaj. są rytmiczne, wpadają w ucho, a co ważne, nie wymagają jakichś szczególnych umiejętności wokalnych, więc świetnie pasują do ogniska i paru głębszych. ale niekoniecznie na hymn reprezentacji kraju. naprawdę nasza organizacja mistrzostw i nasza reprezentacja są na poziomie „euro spoko” oraz „zdobywajcie gole i będzie po sprawie”?…

no dobra, wróć. są.

stadiony wykańczamy dosłownie taśmą klejącą, żeby się nie rozsypały za szybko, numer alarmowy 112 nadal nie działa, autostrady mają tu zupełnie inną definicję niż w cywilizowanym świecie, a hymn reprezentacji wybierają SMS-oludki, którym jest obojętne czy głosują na kolejną tańczącą gwiazdę czy na coś, co ma nas reprezentować.

mogę się tym przejmować.

debatować o przyczynach, efektach, zastanawiać się jak to odbierze „europa”. wybieram znacznie prostszą opcję: mam to w dupie. podobnie jak euro 2012 czy opinię szanownych przyjezdnych europejczyków. oraz podobnie, jak wygłupy „przedstawicieli narodu”, koniecznie chcących zrobić z tego euro 2012 wiochę i wdupowłażenie.

chcą się prezentować jak wiejska kopanina? have fun.

1 comment
kwi 27

google drive fajny, ale dropbox fajniejszy

Google udostępniło swój wirtualny dysk, więc wypadało sprawdzić. ale nie sądzę, żeby Dropbox musiał się jak na razie szczególnie martwić – guglowi trochę brakuje do ideału.

po pierwsze, połączenie Drive z Dokumenty jest pomyłką. miałoby sens, gdyby dokumenty wcześniej utworzone czy choćby następne, były po prostu plikami do edycji w dowolnym programie wordopodobnym. ale nie są – owszem, synchronizują się, ale kliknięcie w celu otworzenia i tak uruchamia przeglądarkę. a skoro tak, to po cholerę się synchronizują…?

po drugie, interfejs Dokumentów dałoby się na pewno znacznie lepiej dostosować do obsługi wirtualnego dysku. obecny kształt jest średnio wygodny.

po trzecie, pewną moją nieufność wzbudza sposób synchronizowania plików. niby idzie, ale nie do końca – czasami jest spory rozrzut między utworzeniem czy skasowaniem pliku poprzez klienta, a pojawieniem się zmian w interfejsie webowym. raz udało mi się skasować plik z poziomu kompa, a potem spokojnie edytować go w przeglądarce.

po czwarte, klient oczywiście jest. na Windows, Androida i Mac OS. i to na tyle – a z Dropboxa mogę spokojnie korzystać także na swojej Nokii, co czasami bardzo mi się przydaje. to już jednak moje prywatne „ale”, raczej nie sprawiające problemu posiadaczom smartfonów z Androidem.

z powyższych przyczyn, chociaż Google Drive sobie uruchomiłam, to jak na razie raczej nie stanie się on moim głównym dyskiem wirtualnym. może po dopracowaniu, jeśli te kilka uciążliwości zostanie zlikwidowanych – ale teraz zostaję sobie przy Dropboxie jednak.

comment?